.
  gimnazjaliści przed sądem
 

Czy sąd jest dobrym miejscem do rozstrzygania sporów między nauczycielem a uczniami?

opublikowano: 18 września

Nauczycielka z suwalskiego gimnazjum zarzuca jedenastu uczniom znieważenie funkcjonariusza publicznego. Wytyka, że młodzież na jej lekcjach używała wulgaryzmów, rozmawiała przez telefony komórkowe i nie stosowała się do jej poleceń. Zawiadomienie w tej sprawie złożyła na policję, a policja przekazała sprawę do sądu.

Ta bulwersująca wiadomość skłania do szerszej refleksji i pokazuje, jak słuszny kierunek w budowaniu nowoczesnego systemu oświaty obrała Fundacja „Rodzice Szkole” oraz skupione wokół niej środowiska rodziców, nauczycieli i samorządowców.

Nie byłoby incydentu suwalskiego, gdyby w szkole, w której to wydarzenie miało miejsce istniała dobrze działająca rada rodziców, poczuwająca się do odpowiedzialności za szkołę rada pedagogiczna, znający swoje prawa i obowiązki samorząd uczniowski oraz – wspierany przez władze miasta i przedstawicieli kuratora oświaty – dyrektor, potrafiący pracę i aktywność wszystkich wymienionych organów szkoły skoordynować i wykorzystać do tworzenia placówki otwartej na partnerski dialog w duchu troski o dobro wspólne, jakim jest narodowa oświata.

Odnoszę wrażenie, że tego wszystkiego zabrakło, że zarówno rodzice, jak i nauczyciele nie potrafili stworzyć programu wychowawczego, obejmującego wszystkie treści i działania o charakterze wychowawczym oraz dostosowanego do potrzeb rozwojowych uczniów i potrzeb danego środowiska programu profilaktyki, do czego nie tylko upoważniają, ale wręcz zobowiązują zapisy art. 54 ustawy o systemie oświaty.

Nie bardzo rozumiem również stanowisko dyrektora szkoły i przedstawicieli kuratora oświaty, którzy nie chcą tej sprawy komentować, uważając, że o wszystkim rozstrzygnie sąd. Ta filozofia wyraźnie kłóci się z zapisami Karty Nauczyciela mówiącymi, że:

organ prowadzący szkołę i dyrektor szkoły są obowiązani z urzędu występować w obronie nauczyciela, gdy ustalone dla nauczyciela uprawnienia zostaną naruszone.

Wydarzenie suwalskie pokazuje, jak m. in. brak znajomości prawa, brak jego stosowania w życiu codziennym może doprowadzić do sytuacji, w której o dobre rozwiązanie coraz trudniej. Tylko pozornie najbardziej poszkodowaną jest nauczycielka, której pewnie nikt w odpowiednim momencie nie pomógł i uczniowie, którzy bezmyślną, ale charakterystyczną dla tego wieku brawurą, naruszyli zasady tego co dawniej nazywano kindersztubą. W rzeczywistości poszkodowani jesteśmy wszyscy, i wszyscy odpowiadamy, za to, że w cywilizowanym państwie mogło mieć miejsce takie zdarzenie.

w:
http://wpolityce.pl/artykuly/36539-czy-sad-jest-dobrym-miejscem-do-rozstrzygania-sporow-miedzy-nauczycielem-a-uczniami



Młodzi, gniewni, ordynarni

Joanna Klimowicz 2012-09-23

Od początku października sąd w Suwałkach będzie badał, czy uczniowie miejscowego gimnazjum sikali na lekcjach do butelek, rzucali k...wami w nauczycieli, uniemożliwiali hałasem prowadzenie zajęć itd.

Lekcje w tej klasie wyglądały nietypowo: dzwonek, 15 minut uspokajania wygłupów, 15 minut sprawdzania obecności i 15-minutowy show połączony z wzywaniem pedagoga, psychologa albo dyrektorki. To był ubiegły rok szkolny, wówczas druga klasa gimnazjum. Przyszła nowa matematyczka, zaczęła się próba sił. Znosiła przekleństwa, demonstracyjne lekceważenie swoich poleceń, rozmowy przez komórki. Jednej pyskówki nie wytrzymała.

Uczennica miała nogę w gipsie, koledzy bawili się jej kulą. Nauczycielka zwróciła im uwagę.

- Koleżanka nam pokazała, jak to się robi - zarechotali chłopcy.

Nauczycielka - zdaniem uczniów obraźliwie - odrzekła, że dziewczyna "pokazywać nie powinna".

- Sama może pokażesz swoją starą! - uczennica na to.

I posypał się stek bluzgów z k...wami na czele.

Nauczycielka wjechała na psychikę

Gimnazjum nr 2 w Zespole Szkół nr 4 w Suwałkach niczym specjalnym się nie wyróżnia.

- Po prostu na nas padło i już - tak większość przyjęła nagłą sławę.

270 uczniów, odnowiona elewacja. Na przerwach za ogrodzeniem grupki - specjalnie niekryjące się - z papierosami. Szkoła jest na uboczu, w pobliżu wylotówki z miasta. Zdolniejsze dzieci, które mają szansę dostać się do innych gimnazjów, korzystają z tego. Pozostałe, "negatywnie odsiane", zostają w rejonie. Może i nie osiągają takich wyników jak inni, ale po gimnazjum idą do klas ekonomicznych czy hotelarsko-gastronomicznych w zespole szkół, uczą się dalej i nikt na nich nie narzeka.

W ubiegłym roku szkolnym były tu trzy gimnazjalne klasy drugie. Jedna wyjątkowa. Po ostatnim weekendzie w Suwałkach o jej uczniach mówi się: celebryci. Najpierw aferę nagłośniło Radio 5, w poniedziałek przyjechał TVN. Przed kamerą brylowali nastoletni chłopcy. Śmiali się, że idą do sądu za żucie gumy i rzucanie papierkami. Kamilek przytula przed kamerą koleżankę: - Zimno jej , no co?!

Trzecioklasiści nie mają sobie nic do zarzucenia. - Pani też mówiła do nas wulgarnie, wypraszała z lekcji donośnymi słowami, no i obraziła koleżankę przede wszystkim. My nie mamy problemu z nauczycielami, jest odwrotnie - mówią.

- Straszyła nas, że jej mąż przyjedzie karetką i nas w pasy zapnie. Na lekcjach nic innego nie robiła, tylko siedziała na krześle i pisała uwagi. Sama używała wulgaryzmów i nas obrażała. Do nas też powinna mieć szacunek. Jak ona, to i my. Niech teraz się nie dziwi! Kamilek przypomina sobie jeszcze jeden koronny argument: - Koleżanka chciała popełnić samobójstwo, bo nauczycielka wjechała jej na psychikę.

Próba samobójcza polegała na tym, że dziewczyna - właśnie ta od zabawy z kulami - zapowiedziała matce, że połknie tabletki. Matka ją od pomysłu odwiodła. Nastolatka jest pod opieką psychiatry.

Na forum internetowym „normalny uczeń tej klasy”, jak sam siebie określa, zastanawia się, jak napisze egzamin gimnazjalny, skoro na lekcji nie może się niczego dowiedzieć, bo polega ona na uspokajaniu jego kolegów. Pozwala sobie na wyznanie: „Obwiniam szkołę za to, że nie mogę się tu normalnie uczyć przez te rzekomo » grzeczne dzieci «i nieudolnych nauczycieli, którzy nic nie mogą z tym zrobić. Żałuję, że uczę się w tej klasie. Celebrytów i złodziei”.

Dlaczego celebrytów - to już wiemy. A złodziei? Jeden z rodziców zdradza, co powiedziało mu dziecko: że zabieranie innym książek i zeszytów było na porządku dziennym. Podobnie jak także rzucanie przedmiotami, wyzwiska i poniżanie. A nawet sikanie do puszki i butelki po napojach oraz próba poczęstowania tym kolegów. Oczywiście w czasie lekcji.

Znieważenie pięciu funkcjonariuszy publicznych

Jeszcze przed wakacjami matematyczka poszła na policję i zawiadomiła o znieważeniu funkcjonariusza publicznego. Po przeprowadzeniu czynności wstępnych - przesłuchaniu jej i uczniów - policja skierowała sprawę do sędziego rodzinnego. III wydział rodzinny i nieletnich Sądu Rejonowego w Suwałkach 30 sierpnia wydał postanowienie o wszczęciu postępowania wyjaśniającego. Zarzuty wobec 11 uczniów to m.in.: wyzywanie nauczyciela wulgarnymi słowami i używanie wulgaryzmów w jego obecności, niestosowanie się do jego poleceń, samowolne opuszczanie klasy, rozmawianie na lekcji przez telefon komórkowy, odwracanie się tyłem itp.

Na podstawie materiału z policji sędzia uznał, że takie sytuacje mogły dotyczyć pięciu nauczycieli.

- Postępowanie wyjaśniające, które zacznie się na początku października, ma dać odpowiedź na pytania, czy do takich czynów zabronionych doszło i czy w związku z tym trzeba zastosować środki wychowawcze - mówi Marcin Walczuk, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Suwałkach.

Zmusić ucznia do niczego nie można

Suwałczanie zagrzewają nauczycielkę do boju: - Brawo!

Popiera ją prezydent miasta Czesław Renkiewicz. Uważa, że funkcjonariusz publiczny ma prawo do obrony swojej godności. Nie może pozwolić na to, żeby klasa rządziła nauczycielem. Ma wskazówkę dla dyrektorów, by nie kierowali "trudnej młodzieży" do jednej klasy.

Ale co było robić? Porozrzucać kłopotliwych po innych klasach? Przez to zburzy się strukturę pozostałych. Najpierw dyrektorka szkoły Beata Muszyńska nie chciała komentować tematu. W końcu się przełamała:

- Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy - mówi "Gazecie". Funkcję objęła przed rokiem i od razu przyszło jej się zmierzyć z "tą klasą". Pęcznieje teczka z dokumentacją, a dyrektorka wylicza: - W ubiegłym roku szkolnym pedagog spotykał się indywidualnie z uczniami i rodzicami z tej klasy 270 razy. Psycholog - 150 razy. Wychowawca z rodzicami w sprawach uczniów - 176 razy. Odbyło się dziewięć rozmów w obecności dyrektora i zastępcy. Do tego zebrania zespołów oddziałowych, czyli nauczycieli uczących tę klasę, z dyrektorem. Raz spotkałam się sama ze wszystkimi rodzicami.

Są to tylko kontakty udokumentowane. Zwykłych rozmów było jeszcze więcej.

Tyle że nawet w rozmowie z pedagogiem czy psychologiem młodzież szczyciła się tym, jak to "wyprowadziła nauczyciela z równowagi".

Dyrektorka ciągnie: - Klasa została objęta także innymi działaniami w kontekście programów zapobiegania przemocy - było dziesięć spotkań z pedagogiem i psychologiem. Pięciogodzinny program profilaktyczny z różnymi elementami, np. "Szkoły bez przemocy". Zajęcia socjoterapeutyczne.

Dyrektorka przyznaje, że nie wszyscy chcieli na nie chodzić, mimo że i rodzice, i uczniowie byli o nich poinformowani. Zmusić nie można.

- Jeżeli te działania nie przynoszą rezultatów, uczeń i rodzic nie współpracują, mamy jeszcze system kar. Upomnień pisemnych i ustnych są takie ilości, że trudno to sobie wyobrazić - na moment dyrektor Muszyńska sprawia wrażenie zrezygnowanej.

Nasze dzieci są złe, ale nie aż tak...

Andrzej Raczyło, dyrektor delegatury Kuratorium Oświaty w Białymstoku, mówi, że matematyczka ma prawo iść do sądu, ale problem nie jest czarno-biały.

O aferze dowiedział się od rodziców, którzy tydzień przed końcem roku szkolnego przyszli ze skargą. Na wstępie matki przyznały, że ich pociechy nie są święte. A potem: - Nasze dzieci zostały potraktowane niewspółmiernie do ich przewinień. Wiemy, że są złe, ale nie aż tak złe.

Ich zdaniem można było załatwić to inaczej. A tutaj policja wręczyła nieletnim wezwania w szkole.

Przed kamerami telewizji w imieniu rodziców wypowiada się jedna z matek: - Takie sprawy dyscyplinarne nauczyciele powinni rozwiązywać w szkole, a nie przed sądem. Te dzieci będą miały założoną kartotekę. Nie wiemy, kim będą w przyszłości, ale karalność jest bardzo ważna.

Dyrektor Raczyło uważa, że obawy rodziców co do sankcji karnych są przesadzone i niestosowne: - Obserwujemy bardzo mocno postępujący proces demoralizacji. Jeśli ktoś nie tupnie mocno nogą... Niczego dobrego to nie wróży. Boję się myśleć, co będzie.

Pytamy sędziego rzecznika Walczuka, jak mocno może tupnąć nogą sąd. Otóż jeśli uzna, że trzeba zastosować środki wychowawcze, to ma dwie możliwości:

* poprowadzenie sprawy w trybie postępowania opiekuńczo-wychowawczego, gdzie przewidziane prawem środki to np. upomnienie, nagana czy nadzór kuratora,

* albo tryb poprawczy (choć "zakład" zarezerwowany jest z reguły dla sprawców dużo poważniejszych czynów).

Gdy proszę o rozmowę jedną z matek, słyszę ofertę:

- Wy, dziennikarze, macie z tego pieniądze, a my - nic, żadnej pomocy. Dlatego zdecydowałyśmy, my matki, że żadnych wywiadów więcej nie udzielamy. Tylko osobom, które zapewnią nam pomoc. Poradę prawną. Tylko w zamian za to. To jaka jest pani oferta?

- Niestety "Gazeta" nie udziela takich porad.

- To wywiadu nie będzie.


 
  Wszedłeś do e-Instytutu jako 117738 odwiedzający. Witaj. copyright by irs  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=