.
  second life
 

FRONDA 64:

Nie bądźmy niewolnikami środków banalizujących treść
drukuj

/

 

Stwórca może wykorzystać każdą stworzoną rzecz, również second life, aby dotrzeć do człowieka. Niemniej jednak polecałbym inne wykorzystywanie Internetu do katolickiej formacji niż second life, takie, w którym cały czas jest jasne, gdzie jest moje prawdziwe i jedyne „ja”. Bóg objawił się bowiem w konkretnej historii człowieka, a nie w jakichś wymyślonych przestrzeniach.

 

 Przedstawiamy jeden z najnowszych artykułów nowego numeru kwartalnika FRONDA (64)

. Obraz cyber-świata i cyber - zbawienia. Tym razem Tomasz Rowiński przepytuje ks. Dariusza Kowalczyka SJ.

 

 

 

Kilka lat temu, gdy pojawił się świat wirtualny second life, który miał udawać rzeczywiste życie, szybko pojawili się jezuici, którzy uznali, że oto mamy nowy obszar ewangelizacji. Co Ksiądz wtedy sądził o tym entuzjazmie misyjnym? Czy coś z tego zostało do dziś?

 

Pojawienie się second life’u nie było dla mnie jakimś szczególnym momentem w tym, co można by nazwać duszpasterstwem internetowym. Rzeczywiście, niektórzy moi współbracia, jezuici, ogłosili, że wchodzą w second life, by tworzyć tam przestrzenie duchowości. W prestiżowym czasopiśmie włoskich jezuitów „Civiltà Cattolica” ukazał się w 2007 roku tekst, w którym postawiono pytanie: „Czy istnieje cyberprzestrzeń dla Boga?”.

Odpowiedź była oczywiście pozytywna. Szef „Civiltà Cattolica”, o. Antonio Spadaro, od lat pisze o potrzebie ewangelizowania i katechizowania w wirtualnej przestrzeni. Ostatnio wygłosił konferencję pod tytułem: „Teologia w epoce Facebooka. Myśleć i żyć wiarą w epoce Internetu”. Co do second life’u, to nie słyszałem jednak, aby szumne zapowiedzi rozwinęły się w coś rzeczywiście znaczącego. Osobiście preferuję bardziej tradycyjną obecność w Internecie: platformy dyskusyjne o wierze (np. www.areopag.21.pl),fora typu pytanie-odpowiedź (np. www.jezuici.pl/rozmawiamy), duże chrześcijańskie portale (np. www.deon.pl), interaktywne rekolekcje i tym podobne.

 

 Kiedy Ksiądz trafił do cyberświata?

 Moja obecność w Internecie zaczęła się w 1997 roku od rekolekcji, które przeprowadziłem na pierwszym chrześcijańskim portalu w Polsce, czyli www.mateusz.pl. Prawdopodobnie była to pierwsza internetowa propozycja rekolekcji w języku polskim. Zapis tego doświadczenia pozostał w sieci, a także w książeczce Poszukując Boga w komputerze (Kraków 1998). Muszę powiedzieć, że właściwie nigdy nie widziałem jakiegoś nadzwyczajnego zapału misyjnego chrześcijan w przestrzeni wirtualnej. To prawda, że namnożyło się różnych religijnych propozycji, z drugiej jednak strony zawsze istniał problem ze znalezieniem ludzi, którzy by mogli i chcieli systematycznie „duszpasterzować” w Internecie (np. odpowiadać na pytania na jakimś forum). Widziałem na tym polu sporo słomianego zapału. Mogę to zrozumieć. Stała obecność w Internecie wymaga czasu, a także odporności na różne krytyki. Jeśli jesteś w Internecie obecny jako ksiądz, w dodatku pod imieniem i nazwiskiem, to możesz być pewnym, że od kogoś ci się dostanie. Czasem te uderzenia są naprawdę mocne i trzeba być na ich siłę przygotowanym, jeśli się chce systematycznie pisać i dyskutować w Internecie o Bogu czy Kościele. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie o sens takiej „internetowej młócki” – czy nie lepiej zająć się bardziej duszpastersko poważnymi sprawami. No, ale do tej pory – odpowiadam sobie – mimo wszystko sens takiego działania jednak jest. Choć jednocześnie bardziej niż kiedykolwiek jestem przekonany, że nic nie zastąpi kontaktu bezpośredniego.

 

 Chciałbym jednak pozostać chwilę przy second life’ie, jako przykładzie cybernetycznej quasi-rzeczywistości. Kiedy myślę o duszpasterstwie, które miałoby być  rozwijane w „grze” – bo tak trzeba opisać second life – to czy jednak nie chodziłoby bardziej o wyprowadzanie ludzi do „realu”, niż tworzenie wirtualnych kaplic, odprawianie wirtualnych nabożeństw?

 Może czegoś nie rozumiem, ale trudno mi dostrzec sens tworzenia wirtualnych kaplic i odprawiania w nich nabożeństw. W second life’ie ludzie tworzą sobie nowe osobowości, jakieś właśnie drugie życie, którym można się pobawić. Wiem, iż może być to nawet wciągające. Pamiętam, że jako dziecko często wyobrażałem sobie bycie kimś innym i tworzyłem różne fantazyjne światy... Ha! Nie potrzebowałem komputera, aby tak się bawić. Ale czegoś takiego nie uważam za sensowny punkt wyjścia do rzeczywistej rozmowy o Bogu i z Bogiem. W duszpasterstwie internetowym chodzi o wykorzystywanie możliwości interaktywnego szybkiego kontaktu, aby podejmować kwestie dotyczące realnego życia. Dlatego irytuje mnie sytuacja, w której czuję, że ktoś udaje, choćby na forum dyskusyjnym, kogoś zupełnie innego, niż rzeczywiście jest. Dla mnie takie zabawy to strata czasu. Zgodziłbym się więc z uwagą, że jeśli chodzi o second life, to duszpasterstwo powinno polegać nie na wirtualnym odprawianiu Mszy św., ale raczej na pomaganiu ludziom w powrocie do „realu”. Z mojego doświadczenia wynika, że normalne kontakty internetowe, czyli bez tworzenia zmyślonych osobowości, owocują niekiedy powrotem do Kościoła, czy większym zakorzenieniem w realnych wspólnotach wiary. Sam miałem kilkanaście spowiedzi w „realu”, do których doszło dzięki kontaktom internetowym.

 

 Ktoś mógłby jednocześnie zapytać, dlaczego w wirtualnym chodzeniu na nabożeństwo majowe, na przykład w second life’ie, miałoby być coś niewłaściwego? Na czym polega trudność w krzyżowaniu tego co nadprzyrodzone i cybernetyczne?

 W Rzymie nie ma nabożeństw majowych, ani Gorzkich Żali, no chyba że w kościele polskim. Włosi nie znają tych nabożeństw. Dlatego z przyjemnością znajdowałem sobie nabożeństwa w Internecie i w ten sposób w nich uczestniczyłem. Czy to były cybernetyczne nabożeństwa? Nie użyłbym takiego określenia. To były internetowe nagrania tradycyjnych nabożeństw odprawianych w polskich kościołach, które pomagały mi w realnej, a nie w jakiejś wirtualnej modlitwie. Tak jak pomocą w modlitwie może być ikona wisząca na ścianie, tak samo można się modlić przy pomocy komputerowego ekranu. Kiedy byłem prowincjałem, to odbywałem corocznie z każdym współbratem w prowincji rozmowę zwaną sprawą sumienia. Z założenia jest to osobista rozmowa duchowa. Zdarzyło się kiedyś, że z pewnym współbratem, który był w jednym z dalekich krajów Azji, odbyłem taką godzinną rozmowę przez skype’a. Nie miałem wrażenia, że to była jakaś cybernetyczna, czy też wirtualna sprawa sumienia. Nie! To była bardzo poważna rozmowa dotycząca „realu”, tyle że zapośredniczona elektronicznie. Z second life’em jest ten problem, na co już zwróciłem uwagę, że w nim wymyśla się jakieś nowe, drugie życie, inne od tego realnego. A zatem nabożeństwo w takiej zabawie byłoby jakieś sztuczne, wirtualne właśnie, z jakimś wymyślonym człowieczkiem, który miałby być moim drugim „ja”. Nie wykluczam, że Bóg mógłby rzeczywiście coś człowiekowi przekazać także poprzez taką zabawę. Wszak Stwórca może wykorzystać każdą stworzoną rzecz, również second life, aby dotrzeć do człowieka. Niemniej jednak polecałbym inne wykorzystywanie Internetu do katolickiej formacji niż second life, a mianowicie takie, w którym cały czas jest jasne, gdzie jest moje prawdziwe i jedyne „ja”. Bóg objawił się bowiem w konkretnej historii człowieka, a nie w jakichś wymyślonych przestrzeniach.

 

 Czy zatem barierą dla nadprzyrodzoności, która nam się tu pojawia, jest bycie nie-sobą w sieci – zakłamanie swojej osobowości? A może chodzi tu szerzej o to, że zarówno Internet, jak i gry komputerowe mają cechy, nazwijmy to, ludyczne – nielicujące z religijnością?

 Nie, nie powiedziałbym, że Internet, gry komputerowe mają z definicji coś nielicującego z doświadczeniem religijnym, z łaską nadprzyrodzoną. Wręcz przeciwnie! Dlatego kiedyś w jednym z artykułów pisałem o „internetowej łasce”, czyli takiej, która jest związana z szukaniem Boga i Jego Kościoła za pośrednictwem Internetu. Widziałem gry komputerowe dla dzieci o tematyce biblijnej… Bardzo dobre. Skoro mamy różne rysowanki, układanki religijne, komiksy (ostatnio świetny komiks o św. Stasiu Kostce), to nie ma powodu, aby nie propagować gier komputerowych o religijnej tematyce. Niestety, nie będą one w stanie konkurować z grami, w których się strzela i zabija, ale na pewno znajdą swego odbiorcę i przyniosą dobre owoce. Ludyczność też nie jest przeciwnikiem religijności. Jak patrzymy na historię chrześcijaństwa, to przecież widzimy, że masowe zaspokajanie potrzeby rozrywki łączono z wymiarem religijnym. Barwne odpusty, procesje, nabożeństwa majowe, jasełka itp. są przecież w jakimś stopniu ludyczne, ale ta ludyczność niesie religijną treść. Zapewne jakiś mądrala zaraz powie, że to płytka religijność. Być może! Tyle że czasem prości ludzie, uformowani na tego rodzaju praktykach, zdają się mieć głębszą, mocniejszą wiarę, niż tzw. intelektualiści, cytujący wielkich filozofów i teologów. Problemem jest to, co nazwał Pan „byciem nie-sobą”. Sieć tworzy pokusę uciekania od rzeczywistości w jakieś wymyślone światy. Tymczasem Bóg Jezusa Chrystusa jest – jak już mówiłem – Bogiem konkretu. Prawdziwa religijność to taka, która przejawia się w konkretnym, codziennym życiu. Chcę jednak zwrócić uwagę, że kiedy mówię o złej ucieczce w wymyślone światy, to wcale nie znaczy, iż neguję wartość wyobraźni, która tworzy opowieści, legendy, baśnie, czy też gry komputerowe. Lewis wymyślił baśniową Narnię, a Tolkien mityczny świat Śródziemia, i w ich powieściach jest wiele chrześcijańskiej mądrości, a nawet teologii. Nie chodzi zatem o negowanie wartości literackiej, czy też komputerowej fikcji, ale o to, by ostatecznie miało to jakieś pozytywne odniesienie do mojego realnego życia. Każdy, kto dobrze zrobił rekolekcje według metody św. Ignacego Loyoli, wie, jak ważna w ignacjańskiej duchowości jest wyobraźnia. Ignacy każe rekolektantowi pracować podczas modlitwy wyobraźnią. Oczywiście nie po to, by uciekać od rzeczywistości, ale by bardziej przylgnąć do Jezusa całym sobą, również światem uczuć i wyobrażeń. Internet, gry komputerowe, jeśli są używane właściwie, mogą więc nam pomóc w modlitwie, w szukaniu i znajdowaniu Boga w realnym świecie.

 

 W jaki sposób „bycie nie-sobą” zamyka nas na łaskę?


 

Łaska Boża w swej istocie nie jest jakąś rzeczą, którą dostajemy od Boga, np. łaską dostania się na studia. Oczywiście nie negujemy tego rodzaju Bożych łask, co więcej, mamy prawo o nie szczerze prosić, niemniej jednak istotą tego, co w chrześcijaństwie nazywamy „łaską”, jest osobowa relacja z trzema Boskimi Osobami: Ojcem, Synem i Duchem. Trójjedyny Bóg chce nam dać siebie samego, a nie jakieś rzeczy. Jezus obiecuje nam: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać” (J 14,23). O Duchu Świętym poucza nas natomiast św. Paweł: „Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha” (Rz 8,11). Jednak osobowa relacja zakłada – jak sama nazwa wskazuje – że mamy do czynienia z osobami, a nie z jakimiś awatarami, nickami, internetowymi maskami. Jeśli udajemy kogoś innego, to umniejszamy się jako osoba, i w takiej mierze, w jakiej udajemy, utrudniamy Bogu dostęp do nas. Można by powiedzieć, że by mieć Boży zasięg, trzeba być sobą. Oczywiście, z człowiekiem po grzechu pierworodnym jest tak, że nie potrafimy być do końca naprawdę sobą. Wierzymy, że w niebie będziemy w pełni tym, kim rzeczywiście jesteśmy. W każdym razie Internet może być narzędziem działania Bożej łaski. Narzędzie to czynimy jednak mało skutecznym, jeśli nasza obecność w Internecie to jakaś udawana gra.

 

 Oznacza to jednak, że sytuacja użytkownika wirtualu jest taka sama jak każdego z nas w realu – albo skłaniamy się ku prawdzie i łasce, albo ku nieprawdzie i odrzuceniu Boga? Czy to oznacza, że temat Internetu czy gier komputerowych nie jest w zasadzie żadnym odrębnym tematem?

 – Chrześcijańska formacja przez Internet jest jakimś małym elementem całości tego, co nazywamy ewangelizacją i katechizacją, i jako taka podlega pewnym ogólnym zasadom życia duchowego. Niemniej jednak ma też swoje szczególne cechy, które ją wyróżniają. Z jednej strony Internet zapewnia szybki dostęp do różnorakiej informacji, możliwość natychmiastowej wymiany opinii, względną anonimowość, która może sprzyjać otwarciu się ze swoimi problemami. Z drugiej strony, nie ma w Internecie kontaktu bezpośredniego, którego nie da się niczym zastąpić. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu niektórzy właśnie z tego powodu nie chcieli mówić o „internetowym duszpasterstwie”, co więcej, formułowali obawy, że np. rekolekcje internetowe mogą odciągać młodych od pójścia do kościoła na rekolekcje tradycyjne. Jednak osobiście nie spotkałem się nigdy z sytuacją, w której ktoś osłabia swe bezpośrednie kontakty ze wspólnotą Kościoła, bo zaczyna zastępować je Internetem. Wręcz przeciwnie, znam niemało przypadków, kiedy Internet wydatnie pomógł w powrocie do Kościoła w realu. Wspomniałem już o spowiedziach, do których doszło dzięki internetowym kontaktom. Warto też zauważyć, że ponad 50 procent z tych, którzy ostatnimi laty wstąpili do zakonów, pierwszy kontakt z danym zakonem mieli właśnie poprzez Internet. Nie widzę więc żadnej konkurencji między duszpasterstwem internetowym i tradycyjnym. Internet to po prostu kolejne, ważne narzędzie, które trzeba coraz lepiej wykorzystywać w misji Kościoła.

 

 Kto poszukuje Boga w Internecie?

 Nikt dotąd nie zrobił całościowych badań, które by pokazywały przekrój internautów korzystających ze stron religijnych. Na forach, na których jakiś zespół duchownych i świeckich odpowiada na pytania, pojawiają się bardzo różni ludzie, ale ciekawym jest fakt, że sporo jest pytań od ludzi ewidentnie cierpiących na nerwicowe skrupuły. Problem polega na tym, że takim osobom forum nic nie pomoże. Jedna odpowiedź generuje jedynie kolejne pytania, dzielenie włosa na czworo i tak w nieskończoność. Są internauci, którzy po prostu interesują się wiarą, Kościołem i chętnie dyskutują z innymi na różne kwestie. Niektórzy z nich zadziwiają wiedzą i pasją teologiczną. Pojawiają się też „apostołowie jakiejś sprawy”, tacy, którzy uważają, że mają jakieś idee do przekazania. Wśród tej grupy najbardziej aktywni bywają „fanatycy-tradycjonaliści”, którzy tropią wszelkie nieprawidłowości w liturgii, oraz walczący ateiści lub przeciwnicy Kościoła katolickiego. Dość charakterystyczną grupą są katolicy „wiedzący lepiej”, którzy siebie nazywają – nie wiedzieć czemu – „otwartymi”. Ci uważają się za specjalistów od reformowania Kościoła, a szczególnie od poprawiania biskupów. Nie brakuje takich, którzy szukają nie tyle dyskusji, co po prostu jakiejś duchowej strawy, dobrej katechezy, propozycji modlitwy itp. Ciekawą grupę stanowią tacy, którzy po latach oddalenia od Kościoła zaglądają na katolickie strony internetowe, szukając ścieżek powrotu. Niektórzy internauci szukają zaś po prostu rzetelnej informacji z zakresu życia Kościoła w Polsce i na świecie. Trzeba wreszcie zauważyć, że sprawy religijne przenikają się niekiedy ze sprawami społeczno-politycznymi, wiara łączy się z patriotyzmem, z myśleniem o Polsce. Na różnych internetowych stronach widać to bardzo wyraźnie. Jak do tego wszystkiego ma się autentyczne poszukiwanie Boga? Nie mnie osądzać. Mogę jedynie mieć nadzieję, że się ma…

 

 Zdaniem Księdza te same osoby, które spotyka Ksiądz w Internecie, mogłyby sięgnąć po gry komputerowe o charakterze ewangelizacyjnym, by formować na przykład swoje dzieci? Pytam o to, ponieważ zastanawiam się, czy wśród wierzących korzystających z nowych technologii istnieje jakiegoś rodzaju ogólna akceptacja dla nowoczesnych form dzielenia się religijnością, czy też taka myśl jest zwykłym uogólnieniem?

 Sądzę, że internauta, która szuka w Internecie katolickiej informacji, formacji, czy też dyskusji na tematy religijne, niekoniecznie jest kimś, kto lubi gry komputerowe. Sam jestem tego przykładem. Z gier preferuję szachy, w które grywam czasem także on-line, ale to co innego… Ale gdybym był rodzicem, to zapewne szukałbym dla moich dzieci jakichś dobrych gier o tematyce religijnej. Wydaje mi się jednak, że wśród dzisiejszych młodych rodziców nie ma jakiegoś powszechnego korzystania z komputera i Internetu w religijnym wychowaniu dzieci. Tyle że to nie musi oczywiście dowodzić braku akceptacji dla nowoczesnych form przekazu. Problem polega raczej na tym, że przeciętny polski rodzic generalnie ma dość blade pojęcie o tym, jak wychowywać dziecko do wiary. Należałoby zacząć od tego, żeby sami rodzice regularnie chodzili ma niedzielną Mszę św. Potem można proponować gry o charakterze ewangelizacyjnym. W przeciwnym razie mielibyśmy „schizofreniczną” sytuację, która byłaby deformacyjna dla dziecka.

 

 Jak w przypadku Internetu, czytników e-booków, tabletów, powszechności gier komputerowych odczytałby Ksiądz znaną frazę McLuhana „Medium is the Message” (Środek przekazu jest przekazem). Czy zachowuje ona swoją aktualność? Jaki przekaz otrzymujemy z naszych „środków przekazu”?


To prawda, że wpływ na odbiorcę ma nie tylko przekazywana treść, ale także sam środek, za pośrednictwem którego coś przekazujemy. Innymi słowy technika medialna służy przekazywaniu jakiejś zawartości, ale niekiedy samo przekazywanie bardziej nas kształtuje niż przekazywana zawartość. Niektórzy np. wysyłają mnóstwo sms-ów, mms-ów, itp., lecz większą wagę przywiązują do samego wysyłania, niż do treści. Można by sparafrazować filozofa: Wysyłam, przekazuję, więc jestem. Treść znajduje się na drugim miejscu. I w tym właśnie upatrywałbym pewnego niebezpieczeństwa z punktu widzenia internetowego duszpasterstwa. Ktoś wychowany na grach komputerowych może zacząć myśleć, że – tak jak w grach – wszystko da się cofnąć, że ma się kilka „żyć”. Tymczasem w życiu płaci się za złe decyzje i nie wszystko da się zacząć od początku. Wyrządzone krzywdy mogą być przebaczone, ale nie da się ich cofnąć. Ktoś przyzwyczajony, że w Internecie jest szybki i łatwy dostęp do wszystkiego, może zapomnieć o cnocie cierpliwości i umiejętności czekania, tak ważnych w życiu duchowym. Nie ma wszak dojrzewania w wierze bez maryjnej postawy przechowywania i rozważania różnych spraw w sercu. Dlatego w formacji religijnej tak bardzo ważne jest żywe świadectwo, konkretna wspólnota, spotkania twarzą w twarz… A także chwile modlitwy w samotności bez dostępu do Internetu, bez komórki itp. Czasem można usłyszeć, że jakiś zabiegany biznesmen odkłada wszystkie technologie, jakimi od rana do wieczora jest otoczony, i funduje sobie kilka dni w odizolowaniu, w jakimś surowym klasztorze. Tak! Środek przekazu jest przekazem. Dlatego trzeba uważać, by nie stać się niewolnikiem środków, które coraz bardziej banalizują treść.

 Rozmawiał Tomasz Rowiński

 

 Dariusz Kowalczyk SJ - kapłan, jezuita, wykładowca teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, stały felietonista „W drodze”, Tygodnika „Idziemy” oraz „Gościa Niedzielnego”, autor wielu artykułów i książek.

 

 

KUP, ZAPRENUMERUJ NOWY NUMER NAJLEPSZEGO KWARTALNIKA W POLSCE CZYLI FRONDA 64/2012.

w: http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/nie_badzmy_niewolnikami_srodkow_banalizujacych_tresc_23772
 
  Wszedłeś do e-Instytutu jako 119381 odwiedzający. Witaj. copyright by irs  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=