.
  Leszek Kołakowski i Jezus, którego potrzebujemy.
 

Leszek Kołakowski i Jezus, którego potrzebujemy. O czym jest nieznany esej filozofa?

Tadeusz Sobolewski
28.10.2014

"Czy był Bogiem? Nie mam pojęcia. Ale jeśli jakiś Boży człowiek żył kiedykolwiek na tej ziemi, to był nim On" - pisze Kołakowski w "Jezusie ośmieszonym". Pisze o Nim, bo dziś nawet "na wydziałach teologii ostatnią rzeczą, o jakiej się słyszy, jest Bóg".

Porządkująca ogromne archiwum Leszka Kołakowskiego, przekazane do Biblioteki Narodowej, Malina Kluźniak natrafiła na nieznany, częściowo zamazany rękopis nieukończonego tekstu: "Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny".

Pisany po francusku w połowie lat 80., na jakieś bliżej nieustalone europejskie zamówienie, wydaje się przeznaczony dla nas, dziś. W Polsce A.D. 2014, tak jak w Europie w roku 1984, Kołakowski pomaga przemóc wstyd bycia chrześcijaninem, bo przecież - jak pisze - w oczach ogółu jest to "moralnie śmieszne". I nawet "na wydziałach teologii ostatnią rzeczą, o jakiej [dziś] się słyszy, jest Bóg".

O co chodzi w religii

Chłodny, brzmiący nieco ironicznie tytuł tej krótkiej książki kryje wypowiedź żarliwą - swobodny bieg myśli, która nie daje się zamknąć w żadnej z pułapek ponowoczesności. "O Jezusie przeczytać można, co tylko się chce - zaczyna swój wykład Kołakowski. - Po pierwsze, że nigdy nie istniał albo nie umarł na krzyżu, albo ożenił się z Marią Magdaleną, był trockistą lub zwolennikiem Fidela Castro, przybyszem z innej galaktyki, homoseksualistą, Murzynem, istotą bezcielesną". Ale to wszystko Kołakowskiego "zupełnie nie interesuje", podobnie jak nie obchodzą go uczone analizy Ewangelii. Interesuje go Chrystus, którego wszyscy znają. Przy czym nie chodzi mu o religię, tylko o "dostęp do Jezusa" - wszystko jedno, człowieka czy Boga. "Czy był Bogiem? Nie mam pojęcia. Ale jeśli jakiś Boży człowiek żył kiedykolwiek na tej ziemi, to był nim On".

W tym pominięciu pytania o Boga słychać pogłos modernistycznego amerykańskiego psychologa religii sprzed stu lat, metodysty Williama Jamesa, badacza "Doświadczeń religijnych". James uważał, że "człowiek wierzący nie pyta, kim jest Bóg. Bóg nie jest bowiem poznawany ani rozumiany, tylko po prostu używany - niekiedy jako dostawca jadła, innym razem jako podpora moralna, jako przyjaciel lub przedmiot miłości". Czy Bóg rzeczywiście istnieje? Czym jest? - dla Jamesa to są pytania pozbawione znaczenia. "Ostatecznie bowiem w religii nie o Boga chodzi, tylko o życie, bogatsze, szersze, bardziej zadowalające. O miłość życia".

Wobec absolutu - negatywna czujność

Postać Jezusa pojawiła się w pisarstwie Kołakowskiego dawno, wkrótce po "Śmierci bogów" - słynnym tekście z 1956 r., krążącym wtedy w maszynopisie, w którym filozof odprawiał pogrzeb komunistycznej mitologii, pretendującej do roli nowej religii. "Śmierć bogów" oznaczała "wyzwolenie człowieka". Ale idąc za człowiekiem odartym z ideologii, dochodził do kwestii wiary. W 1965 r. opublikował w "Argumentach", piśmie Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli, esej "Jezus Chrystus - prorok i reformator".

"Jezus ośmieszony". Przeczytaj obszerne fragmenty eseju Leszka Kołakowskiego


Gdyby chcieć komuś pokazać ukryty pod całą tą magią religii jasny sens chrześcijaństwa, trudno byłoby znaleźć lepszy tekst. Pisze w nim o Jezusie: "zdumiewająca postać", która istnieje poza historią i w obliczu której "rodzi się w nas poczucie ciemności, w jakiej żyjemy, i zarazem przeczucie drogi, co z ciemności wyprowadza".

Kołakowski wykonuje podwójne myślowe salto. Uprawia taki rodzaj wolnomyślicielstwa, który wykazuje "Troskę o Boga w pozornie bezbożnej epoce" (tytuł eseju z 1981 r.). Późniejszy o kilka lat "Jezus ośmieszony" jest kontynuacją tamtych wypowiedzi.

A kim był sam Kołakowski: "apologetą" czy "sceptykiem"? W słynnym eseju z lat 60. "Kapłan i błazen" pisał: "Opowiadamy się za filozofią błazna, a więc za postawą negatywnej czujności wobec absolutu jakiegokolwiek". Jednak w tym samym tekście mówi, że "pragnienie absolutu" jest niezbywalne. Kapłaństwo niesie światło, dzięki któremu trwa rzeczywistość już nieistniejąca. Bez tego świat wyleciałby w powietrze. To znaczy - nie ma świata bez mitu. Nawet "bezbożnicy mają swoich świętych".

Ale z drugiej strony, czy chwalona przez autora postawa błazeńska, wywrotowa, prowokacyjna, "razem z nieuchronnym ryzykiem śmieszności" i z "nieufnością do wszelkiego świata ustabilizowanego", nie jest cechą postawy Chrystusowej?

To ty jesteś odpowiedzialny

Zaglądam do esejów Kołakowskiego zebranych przez Zbigniewa Mentzla w tomie "Nasza wesoła apokalipsa". Mógłby się tam znaleźć "Jezus ośmieszony". U Kołakowskiego Chrystus chroni przed totalitaryzmem, który czyha na nas z dwóch stron: wyłazi z totalitarnej przeszłości XX w., ale także zaciemnia przyszłość. W postaci Jezusa, traktowanej jako żywy mit, osoba, z którą możemy mieć bezpośredni kontakt, docierająca do nas jak promień światła ("światłość świata"), widzi Kołakowski ratunek. Choć zaraz zaznacza, że przecież w imię Chrystusa prowadzono wojny i palono na stosach - jednak nie ulega wątpliwości, że istota tego mitu i tej osoby jest antytotalitarna.

W latach 60., w Polsce wyzwolonej od stalinizmu, Kołakowski stawiał śmiałe pytanie: dlaczego potrzebujemy Jezusa? W latach 80. to samo pytanie stawia Zachodowi. Nie tracąc z oczu niebezpieczeństw fundamentalizmu i teokracji, bardziej boi się tego świata, który "traci swoje religijne dziedzictwo". Pół biedy, gdyby w miejsce religii wchodziła w nasze życie "oświeceniowa racjonalność". Ale nasz świat nie rządzi się racjonalnością. Utracone mity zastępowane są przez "świeckie karykatury". A przecież "ludzkość nie może żyć bez mitu".

Do czego nam jest potrzebny Jezus? Odpowiedź Kołakowskiego ma charakter moralno-eschatologiczny. Całe Jego nauczanie łączyło się - jak wiadomo - z wiarą w rychły koniec świata. Chrystus zapowiada apokalipsę, a zarazem daje lekarstwo, zawsze skuteczne. Lekarstwo na dzisiejszą zdemitologizowaną świadomość apokaliptyczną, która już nie pociąga za sobą wiary w zbawienie, ale jest przeczuciem samozagłady - końca świata i końca człowieka. Myśl Kołakowskiego rozwija się w cieniu apokalipsy - więc jak mógł na swojej drodze nie spotkać Jezusa?

Kluczem do nauki Chrystusowej jest uznanie własnej winy. To warunek zbawienia, tylko wtedy wina może zostać odpuszczona. Jesteś odpowiedzialny - mówi Jezus i sam poczuwa się do odpowiedzialności za świat, za człowieka, za wszystkich.

Nie "społeczeństwo", nie "system" są źródłem tego, co uważam za złe - tłumaczy Ewangelię Kołakowski. Rozróżnienie dobra i zła musi być zakorzenione w porządku, który nas przekracza. To, czy zło jest złem, a dobro dobrem, nie może zależeć od kaprysu rządu, króla, statystycznej większości, partii politycznej czy mojego widzimisię. Jeżeli przyjmiemy, że to rozróżnienie jest całkowicie dowolne i względne, "będzie to wystarczający powód, by przepowiadać upadek cywilizacji europejskiej. Nieobecność Jezusa - proroka - zapowiada jej śmierć". Te twarde słowa brzmią dziś mocniej niż wtedy, gdy były pisane, bo wtedy, w Polsce lat 80., słabnący komunizm był odgromnikiem zła, które stawało się przez to bardziej widome.

Czy możliwa jest wiara ludzi oświeconych

Kołakowski nie należał do żadnego Kościoła. Jego punkt widzenia jest czymś unikalnym na tle dzisiejszej Polski - z naszymi sporami o świeckość państwa, o udział Kościoła w życiu publicznym, z hierarchami nie rozumiejącymi demokracji, i z agresywnym ateizmem zwykłych ludzi. Na forach internetowych pod informacjami o wypowiedziach biskupów w sprawach "filozofii gender", niepokornych księży, związków partnerskich czy wychowania seksualnego - fala zajadłych głosów, które z pogardą traktują całe duchowieństwo i wyrażają życzenie, by Kościół "jak najszybciej się rozleciał".

Ważną częścią tego eseju jest dialog "apologetyka" i "sceptyka" - wierzącego i racjonalisty. Czy na gruzach dawnej wiary powstanie nowa, czysto racjonalna? Nawiązując do filozoficznego sporu Rudolfa Bultmanna i Karla Jaspersa, Kołakowski pyta, czy da się, "wychodząc naprzeciw nowoczesnemu człowiekowi", zachować chrześcijaństwo bez mitologicznej otoczki, a więc bez religii. I odpowiada: nie. Musi nastąpić albo akceptacja "mitologiczna" chrześcijaństwa, albo "racjonalizm scjentystyczny, który całkowicie obchodzi się bez Boga".

Jest jeszcze inna fałszywa alternatywa, która wydaje się autorowi zgubna dla chrześcijaństwa: albo prosta "wiara objawiona", albo uczona "wiara filozofów". Kołakowski nie zgadza się z popularną w naszym Kościele myślą, że ostoją religii jest prosta ludowa wiara. "Chrześcijaństwo, takie, jakie znamy - uważa - nie jest zdolne do życia po utracie żywotności w kulturze wysokiej". Ale czy wiara ludzi oświeconych na dłuższą metę jest możliwa?

Wierchowieński bierze do ręki Ewangelię

Droga samego Kołakowskiego rysuje się w świetle tego eseju jako niezwykły eksperyment - połączenie intelektualnej pasji myśliciela z akceptacją Jezusa jako "elementu cywilizacji europejskiej" - Jezusa "z wyobrażeń i stereotypów", "nie tylko z lektury Nowego Testamentu, ale także z niezliczonych obrazów, figur w kościołach, kazań, kościelnej tradycji, nawet kolęd". Autor "Jezusa ośmieszonego" akceptuje wszystko, co przekazała tradycja: "że się narodził z Maryi Dziewicy dzięki działaniu Ducha Świętego, zapowiedzianego najpierw przez anioła; że pasterze i Mędrcy ze Wschodu, oświeceni znakami, złożyli Mu hołd w żłobie; że mając 12 lat, prowadził dysputy z rabinami w Świątyni Jerozolimskiej; że został ochrzczony przez Jana i był kuszony przez diabła po 40 dniach postu; że nauczał w miastach Galilei, chodził po wodzie, wprowadził ryby do sieci, uzdrawiał niewidomych, trędowatych, paralityków i opętanych, wskrzesił Łazarza, zamienił wodę w wino, rozmnożył chleb, wypędził kupców ze świątyni; że został wydany prze Judasza, spożył z uczniami Ostatnią Wieczerzę; że został oskarżony przez żydowskich kapłanów, niechętnie ukrzyżowany przez Piłata, że zstąpił do piekła, powstał z martwych i wstąpił do nieba. A oprócz tego, że był Synem Bożym, który przyszedł na ziemię, żeby odkupić grzechy rodzaju ludzkiego. Akceptuję to wszystko - pisze Kołakowski - dlatego, że to w ten sposób nasza cywilizacja zasymilowała Jezusa i poprzez to się ukształtowała, oraz dlatego, że myślę wewnątrz tej cywilizacji. Chodzi o pewną wiarę w obrębie kultury".

Ostrzega: chrześcijaństwo nie przetrwa ani jako historyczna wiedza, ani też jako prywatna religia jednostek. Jezus działa między ludźmi i musi skupiać wokół siebie wspólnotę, która jednak nie może być "politycznym lobby". "Jeżeli nie Boga i Jezusa szukają ludzie w Kościele, nie ma on do wypełnienia żadnego specjalnego zadania". Więc nie przetrwa? Ale musi przetrwać, jeśli przetrwać ma europejska cywilizacja, z jej "energią miłości, którą Jezus przelał w świat, i której odbiciem jest ta odrobina, jaką ludzie noszą w sobie".

Zamykam tę zadziwiającą książeczkę i przypomina mi się scena z "Biesów" Dostojewskiego: stary liberał, wolnomyśliciel Stiepan Wierchowieński po raz pierwszy bierze do ręki Ewangelię i czyta zachwycony "tę znakomitą książkę", której nasz lud, choć religijny, niestety, "nie zna jeszcze". Wierchowieński woła z egzaltacją, jak ktoś, kto po raz pierwszy usłyszał i zrozumiał Jezusowe orędzie: "Miejmy nadzieję, że i nam będą odpuszczone nasze winy. Wszyscy jesteśmy winni...". Czyta Kazanie na Górze i wzdycha: to jedno wystarczy!


Leszek Kołakowski
Jezus ośmieszony

przełożyła z francuskiego Dorota Zańko
Znak, Kraków
 
  Wszedłeś do e-Instytutu jako 141693 odwiedzający. Witaj. copyright by irs  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=