.
  Marszałek Sikorski o rozbiorze Ukrainy i pokłosie
 

 

 

CO DZIŚ W ROSJI PISZCZY. - To klukwa (dosłownie - żurawina, tu w sensie - pełna bzdura) tak ocenił Dmitrij Pieskow, rzecznik prezydenta Rosji, rewelacje portalu Politico, według którego Władimir Putin jeszcze w lutym 2008 r. miał proponować premierowi Donaldowi Tuskowi wspólny rozbiór Ukrainy.

 

 

 

Portal powołał się na słowa naszego byłego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.

Myślę, że tym razem Pieskow ma sporo racji. Putin przyznaje, że dla niego największym władcą w historii Rosji była caryca Katarzyna II, bo za jej rządów "kraj przyłączył najwięcej terytoriów, a przy tym było najmniej". Ale iść jej śladem i rozbierać Ukrainę, jak ona kiedyś Polskę, wcale, przynajmniej w 2008 roku, nie zamierzał. Tym bardziej z Polakami, którzy dla Moskwy nie są partnerami w poważnych sprawach.

On chciał całej Ukrainy i teraz też chce całej. A sześć lat temu mógł liczyć, że ona dostanie mu się bez "krowuszki". Wtedy Rosja miała ogromną "miękką siłę" i była najbardziej chyba sexy w swej historii. Ropa drożała z dnia na dzień, petrodolary płynęły rzeką do kas moskiewskich, dolar był po 24 ruble i taniał, stopa życiowa Rosjan rosła w oczach.

Na Ukrainie gryźli się wtedy zaciekle byli atamani pomarańczowego Majdanu, rosła tam popularność towarzysza Wiktora Janukowycza, zwolenników integracji z UE i NATO było znacznie mniej niż ze wschodnim sąsiadem.

Tak, Putin pewnie przekonywał w lutym 2008 r. Tuska, że Polsce i Europie nie warto się angażować w Ukrainę, bo to żadne, by nie powiedzieć, "sezonowe" państwo. On jest przecież przekonany, że to prawda.

Ale po co zapraszać kogokolwiek do wspólnego skonsumowania sąsiada, jeśli można go wchłonąć calutkiego do jakiegoś tam Związku Celnego, Unii Eurazjatyckiej, co w Moskwie rzeczywiście szykowali.

Tę okrągłą twarz z piórkami siwych wąsików znało w Rosji każde dziecko

A dziś w nocy Putin stracił bardzo bliskiego i ważnego "druga". Mały odrzutowiec Falcon startujący z moskiewskiego lotniska Wnukowo zderzył się z maszyną do odśnieżającą pas startowy prowadzoną przez pijanego, co tu się na lotniskach zdarza, kierowcę. W katastrofie zginął Christophe de Margerie, szef francuskiego koncernu petrochemicznego Total.

Francuz był dla Kremla złotym człowiekiem. On jako już chyba jedyny z generałów światowego wielkiego biznesu wściekle atakował sankcje zachodnie nakładane na Rosję "za Ukrainę", orędował za rozwojem współpracy Europy z Gazpromem, domagał się zwiększania udziału gazu rosyjskiego na rynku europejskim.

Dla propagandy kremlowskiej był ikoną ucieleśniającą "mądrych przedsiębiorców" przeciwstawiających się "szalonym", bo krytykującym Moskwę, politykom zachodnim. Jego okrągłą twarz z piórkami siwych wąsików znało w Rosji każde dziecko.

A odlatywał de Margerie z Moskwy po spotkaniu Rady Konsultacyjnej do spraw Inwestycji Zagranicznych z członkami rządu. Ono, pierwszy raz, odbywało się za zamkniętymi drzwiami. Dziennik "Wiedomosti" pisze, że tajemnicza narada to symptom rosnących w elitach władzy nastrojów wojennych.

O sprawiedliwości kosmicznej, w której nie ma zła i przemocy

A na pole walki, na razie tylko z pielgrzymką, wybrał się czerwono-brunatno-prawosławny pisarz Aleksandr Prochanow. On wraz z członkami zrzeszającego szowinistycznych reakcjonistów, a bliskiego Kremlowi Klubu Izborskiego udał się na pole Bitwy Kulikowskiej, gdzie Dmitrij Doński w 1380 roku pokonał wojska Złotej Ordy dowodzone przez tumnika Mamaja.

Wyprawa natchnęła Prochanowa do napisania opublikowanego dziś w bliskim dworowi dzienniku "Izwiestia" peanu na cześć "świętej" broni rosyjskiej.

"Broń rosyjska, tworząc i broniąc państwa rosyjskiego, jednocześnie broniła marzenia rosyjskiego o sprawiedliwości kosmicznej, w której nie ma zła i przemocy, gdzie kwitną rajskie ogrody, króluje nieśmiertelność. I dlatego broń rosyjska, będąc świętą, stała się bronią snu rajskiego, bronią ogrodów rajskich" - pisze natchniony stalinowiec, przekonując, że w każdym rosyjskim tanku, bombowcu, jądrowej głowicy jest "cząsteczka relikwii".

"W czasie świętej wojny (chodzi o drugą światową) sam Bóg siedział w czołgach T-34. On chodził do ataku pod Stalingradem. On strzelał z czterdziestek piątek w krzyże na niemieckich pancerzach" - mobilizuje Pana w szeregi Chłopsko-Robotniczej Armii Czerwonej autor, napominając, że zdaniem mnichów z Kulikowego Pola naród ZSRR w czasie wojny złożył ofiarę równą Chrystusowej.

Przeto "broń rosyjska to strzelająca ikona. Do niej się modlą, ją całują i ona odpiera od naszych granic czarne siły wroga".

"Dziś wielkim wysiłkiem budujemy naszą nową broń. Musimy zdążyć, zanim czarne siły znów zawisną nad naszą ukochaną ojczyzną. I zbudujemy ją, jakąkolwiek cenę przyszłoby za to zapłacić. Pokonamy wszelkie ograniczenia, zniesiemy trudy, zrezygnujemy z dostatku i rozrywek i stworzymy naszą świętą broń" - Prochanow wzywa rodaków do udziału w świętym, jak należy rozumieć, wyścigu zbrojeń.

A kiedy miecze kują, o pługach zapominają. O tym, co z tego wychodzi, napisała dziś "Komsomolska Prawda". Niespodziewanie, bo ten miły sercu Putina dziennik do tej pory krzewił w narodzie krzepiącą prawdę o tym, że embargo na import zachodniej żywności tylko uskrzydli rolników rosyjskich, a ci sami wykarmią, i to jeszcze jak, kraj.

A dziś ta sama "Komsomołka" pisze, że na rynku drożyzna, brak zagranicznych mięs sprawia, że kiełbasy w Rosji robi się z tego, na co wcześniej "nikt nie chciał patrzeć". Jabłka ojczyste się już kończą, a te, co jeszcze są, "mają smak papieru". Pod koniec roku jabłka w sklepach będą więc "złote" nie ze względu na kolor, lecz cenę.

Historia kołem się toczy. W ZSRR mawiano, że w sklepach wprawdzie pusto, "ale za to robimy rakiety". A gensek Nikita Chruszczow zapewniał: "Robimy rakiety jak parówki", zaś naród dodawał: "Zamiast".


Wacław Radziwinowicz



w: http://wyborcza.pl/1,75477,16837316,Putin_nie_proponowal_rozbiorow__bo_Polacy_dla_Moskwy.html




Radosław Sikorski znów strzelił gafę. Najpierw jako szef polskiej dyplomacji chlapnął amerykańskiemu dziennikarzowi plotkę o tym, co miał kilka lat temu powiedzieć Władimir Putin ówczesnemu premierowi Donaldowi Tuskowi na temat rozbioru Ukrainy. Wyraźnie zapomniał, na czym polegają obowiązki dyplomaty-członka rządu: postawił polskiego premiera w niezręcznej sytuacji.

Dziś zapomniał, na czym polega powinność funkcjonariusza publicznego względem mediów: na zwołanej przez siebie konferencji prasowej postanowił, że nie będzie się tłumaczyć z tego, co zrobił przed dziennikarzami, tylko odesłał ich do wywiadu, którego wcześniej udzielił. Akurat udzielił go "Wyborczej".

Ale udzielenie jednego wywiadu nie zwalnia polityka z obowiązku tłumaczenia się przed dziennikarzami innych mediów. Wszystkie są równe. Mają prawo zadać pytania - być może inne niż te, na które już odpowiedział. Skoro ma odwagę chlapać w rozmowie z zagranicznym dziennikarzem, to tym bardziej powinien uszanować prawo polskich dziennikarzy i polskich obywateli do informacji.

Chowanie się za - autoryzowanym tym razem - wywiadem udzielonym tylko jednemu z nich jest zachowaniem niepoważnym, naruszającym prawo prasowe i obowiązki funkcjonariusza publicznego.

Ewa Siedlecka

w: http://wyborcza.pl/1,75968,16839916,Marszalek_Sikorski_nie_moze_dyskryminowac_mediow.html

 

 

 

 

 

- Nie byłem świadkiem tej rozmowy, ale dotarła do mnie taka relacja. Słowo "propozycja" jest nadinterpretacją. Miały paść słowa, które wtedy można było wziąć za aluzję historyczną albo ponury żart - tłumaczy "Wyborczej" marszałek Sejmu Radosław Sikorski, b. szef polskiej dyplomacji, o rzekomej propozycji udziału Polski w rozbiorze Ukrainy.

Renata Grochal: Czy w wywiadzie dla amerykańskiego serwisu Politico powiedział pan, że w 2008 roku Władimir Putin przedstawił premierowi Donaldowi Tuskowi propozycję rozbioru Ukrainy i że Tusk nie zareagował, bo wiedział, że był nagrywany?

Radosław Sikorski: Samo sformułowanie przez panią pytania wskazuje, że jednak polski system autoryzacji okazuje się przydatny, bo w autoryzacji można wychwycić pewne nieporozumienia. Nie mówiłem na przykład, że Tusk mógł być nagrywany na Kremlu, bo nie mam takiej wiedzy.

Jak konkretnie brzmiała propozycja dla Polski, czy to zostało wprost sprecyzowane, żebyśmy wzięli udział w rozbiorze Ukrainy?

- Nie byłem świadkiem tej rozmowy, ale dotarła do mnie taka relacja. Słowo "propozycja" jest nadinterpretacją. Miały paść słowa, które wtedy można było wziąć za aluzję historyczną albo ponury żart. Zresztą prezydent Putin podobnym językiem rozmawia z wieloma przywódcami Europy i świata, np. kiedy powiedział ostatnio przewodniczącemu Barrosowi, że w dwa tygodnie może być w Kijowie.

Mówiliśmy o tym przecież publicznie także kilka miesięcy temu, gdy propozycję udziału w rozbiorze Ukrainy otrzymaliśmy na piśmie od polityka, który często rozpoznaje teren dla różnych spraw, czyli wiceprzewodniczącego Dumy Rosyjskiej Władimira Żyrinowskiego. Przysłał nam i kilku innym krajom oficjalne pismo z ofertą podzielenia się kilkoma ukraińskimi prowincjami.

Jak pan odebrał słowa Putina w 2008 roku - jako prowokację czy zapowiedź realnej polityki?

- Wtedy - w 2008 roku - ta relacja brzmiała surrealistycznie.

Był pan zszokowany tymi słowami Putina? 

- Proszę pamiętać o kontekście historycznym. To było jeszcze przed szczytem sojuszu Północnoatlantyckiego w Bukareszcie, na którym prezydent Putin groził Ukrainie otwartym tekstem - skądinąd w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego - i oczywiście przed wojną z Gruzją. Dopiero w Bukareszcie Władimir Putin powiedział wprost, że Ukraina to sztuczne państwo, zlepek terenów Rosji, Rumunii, Węgier oraz Polski.

Tekst przemówienia prezydenta Putina - na naszą prośbę - delegacja rosyjska nam wręczyła, a my przekazaliśmy go w przyjaźni Ukrainie. Dzieliliśmy się naszymi intuicjami z wieloma przywódcami Zachodu, ale do czasu aneksji Krymu nie wszyscy dawali im wiarę.

Przypominam, że Gruzja nie była ostatecznym potwierdzeniem intencji Rosji, bo jednak w Gruzji prezydent Saakaszwili dał się sprowokować i pierwszy oddał strzały. O możliwych planach prezydenta Putina mówiłem w 2008 roku, choćby w moim wystąpieniu na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, co niektóre media nazwały nawet "doktryną Sikorskiego".

Ale opozycja już zarzuca panu, że skoro w 2008 roku znaliście zamiary Putina, to polityka polskiego rządu wobec Rosji była zbyt uległa.

- To niedorzeczne. Zawsze realizowaliśmy polskie interesy w relacjach z Moskwą. Tak jak mówiła w poniedziałek wieczorem pani premier Kopacz, Polska nigdy nie będzie brała udział u w aneksjach innych krajów. Mamy własne doświadczenie rozbiorów, a poza tym wtedy, kiedy to zrobiliśmy, wkraczając w 1938 r. na Zaolzie - okazało się to dramatycznym błędem i wyciągnęliśmy z tego wnioski.

Dlaczego wtedy, w 2008 roku, po spotkaniu z Putinem, ani pan, ani premier Tusk nie powiedzieliście publicznie, że taka propozycja padła?

- Te aluzje okazały się znaczące dopiero później, po szczycie NATO, po wojnie w Gruzji i po aneksji Krymu.

Kiedy pan rozmawiał z Politico o tej sprawie?

- Tydzień temu rozmawiałem przez telefon z Benem Judah. Nie mam pretensji o brak autoryzacji, bo w kulturze anglosaskiej nie ma takiego zwyczaju. Ben Judah to rzetelny dziennikarz, ale jak się okazuje - pewne rzeczy w autoryzacji - warto doprecyzować.

Czy wyciąłby pan w autoryzacji słowa o propozycji rozbioru Ukrainy?

- Ten rozbiór się dokonał, pomimo że Polska robiła, co w jej mocy, aby mu zapobiec. Cywilizowany świat nie uznaje nielegalnych aneksji. Przypominam, że Rosja miażdżąco przegrała głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.

W Polsce już się zaczyna polityczna awantura wokół tej pana wypowiedzi.

- To jest klasyczna wsobność polskiej polityki - za słowa czy działania innych krajów zawsze chłopcem do bicia musi być ktoś u nas. Trudniej jest zareagować w Rosji, Waszyngtonie czy Berlinie, a w Polsce politycy są pod ręką.

Myślę, że to są bardzo poważne sprawy i warto by się zastanowić nad meritum kwestii i potrzebnej europejskiej reakcji, a nie tylko wykorzystywać tę sprawę w bieżącej rywalizacji partyjnej.

Żałuje pan tych słów, bo dziś robi się z tego pałkę na pana?

- W Europie mamy dziś taki problem, że politycy rosyjscy mówią do nas językiem twardej dyplomacji i siły. Dosłownie w niedzielę mój niedawny kolega Siergiej Ławrow powiedział otwartym tekstem, że gdyby Mołdawia zechciała przyłączyć się do NATO czy Rumunii, to Naddniestrze może wybrać własną przyszłość. Wszyscy wiemy, co to oznacza.

A my do Rosji nadal próbujemy mówić językiem postmodernistycznym, w którym konflikt jest nie do wyobrażenia. Obawiam się, że ten nasz język jest niezrozumiały po drugiej stronie. Wtedy, kiedy rosyjscy politycy nam grożą wojną czy bojkotem handlowym, powinniśmy usłyszeć od europejskich polityków, co oni zamierzają zrobić w odzewie.

No to słyszy pan od polskiej premier, że polityka w sprawie Ukrainy będzie "pragmatyczna". Czy to nie jest złagodzenie tonu po rządach Tuska i pańskich jako szefa dyplomacji?

- To są jedynie słuszne słowa, bo polska polityka polegała i polega na tym, aby nie brać udziału w łamaniu prawa międzynarodowego, tylko wpływać na politykę UE, a jednocześnie utrzymywać kanały dialogu z Rosją.

Ale jednak dzisiaj Polska nie nadaje tonu polityce europejskiej w sprawie Ukrainy, a nasza premier nie została zaproszona nawet do stołu rozmów w Mediolanie?

- Dlatego od dłuższego czasu powtarzam, że odpowiedzialność za przywrócenie integralności terytorialnej Ukrainy ponoszą ci, którzy dawali gwarancje Ukrainie i którzy dzisiaj biorą w tych rozmowach udział, czyli Rosja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Francja. A najlepiej, gdyby w imieniu nas wszystkich działała dyplomacja europejska.


Rozmawiała Renata Grochal

w: http://wyborcza.pl/1,75478,16838854,Sikorski_dla__Wyborczej___Rozbior_Ukrainy_przez_Rosje.html

 
  Wszedłeś do e-Instytutu jako 145273 odwiedzający. Witaj. copyright by irs  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=