.
  Gender dzieli Polaków podobnie jak Smoleńsk
 

"Gender dzieli Polaków podobnie jak Smoleńsk"

Katarzyna Fryc
04.02.2014 ,
Profesor Ewa Graczyk, współorganizatorka koła naukowego gender studies (Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)
- Kwestia ideologii gender, wykreowana przez polski Kościół, dzieli Polaków podobnie jak kwestia smoleńska. Widzę tu nieprzyjemną analogię - mówi prof. Ewa Graczyk z Uniwersytetu Gdańskiego.
Katarzyna Fryc: Zrobiła nam się ogólnonarodowa histeria z tym gender.

Prof. Ewa Graczyk*: Jestem przerażona szkodzeniem, wręcz niszczeniem pracy, którą od wielu lat (ja sama od kilkunastu) wykonujemy my, wykładowcy posługujący się kategorią gender.

Po co wam ta kategoria?

- Staramy się pokazywać, jak w kulturze realizują się wzorce, normy, stereotypy bycia kobietą i mężczyzną, jak są historycznie zmienne. Dla feminizmu pojęcie genderu jest bardzo ważnym instrumentem, bo umożliwia analizę i krytykę patriarchalnych, zbudowanych na nierówności relacji między kobietami i mężczyznami. Kategoria gender jest dla nas, feministek, tak ważna, bo dzięki jej używaniu pokazujemy, jakie są mechanizmy, często ukryte, upodrzędniania kobiet, co czyni je w społecznym funkcjonowaniu gorszymi od mężczyzn. To kategoria o tyle niezwykła, że pod wieloma względami idzie pod prąd, porusza się wbrew zdroworozsądkowym przekonaniom.

POLECAMY - NASZE NAJPIĘKNIEJSZE ZDJĘCIA W 2013. SĄ NAPRAWDĘ SUPER!



Jakim na przykład?

- Że jest kobieta, jest mężczyzna i wszystko jest jasne.

A nie jest?

- Nikt nie kwestionuje, że istnieją kobiety i mężczyźni, choć nawet z punktu widzenia biologii to nie jest wcale takie jednoznaczne, jak się potocznie wydaje. Ale podkreślmy dla jasności: nikt z posługujących się kategorią gender nie dąży do tego, żeby zmieniać płeć na śniadanie czy kolację, te oskarżenia ze strony autorów śmiałej syntezy zwanej "ideologią gender" nie przestają zadziwiać. Chodzi tylko o to, że kulturowe sposoby bycia kobietą i mężczyzną, wzorce i wymagania wobec jednych i drugich są różne w zależności od kultury i cały czas się zmieniają. A jeśli są zmienne, to mogą być także lepsze, bardziej sprawiedliwe. Feminizm, który dąży do równouprawnienia kobiet i mężczyzn, stara się pokazać, jak patriarchalne wzorce kulturowe służą do tego, żeby z kobiet uczynić istoty służebne; feministki natomiast podejmują wysiłek stworzenia bardziej sprawiedliwych wzorców i postaw, pomagających kobiecie osiągnąć w pełni podmiotowy sposób istnienia.

Gender to ideologia czy dziedzina nauki?

- Badania genderowe to dziedzina badań naukowych i narzędzie pewnych praktyk społecznych (instrument ważny np. dla konstruowania bardziej sprawiedliwych i zrównoważonych budżetów miast, regionów, państw). Feminizm z kolei posługuje się kategorią gender do analizy nierówności pomiędzy pozycją kobiet i mężczyzn; feminizm stara się stworzyć bardziej sprawiedliwe wzorce kulturowe dla obu płci. W tym sensie feminizm jako aktywność społeczna, i w szerokim sensie polityczna, jest ideologią, natomiast badania genderowe nie są, nie powinny być, idelogiczne.

Czyli gender może badać np. role społeczne kobiet w Polsce i krajach islamu.

- Tak, jak najbardziej; widać wtedy pewne podobieństwa. Islam na przykład idzie kilka kroków dalej niż katolicyzm w postrzeganiu kobiety jako żony i matki, zamkniętej w przestrzeni domowej. W tradycyjnym modelu katolickim kobieta również jest przede wszystkim matką i żoną, ale, jeśli to nie przeszkadza mężowi, może sobie popracować poza domem (o ile będzie w stanie, wiele się bowiem od niej wymaga w życiu rodzinnym).

Inna sprawa, że konsekwentna realizacja konserwatywnego modelu życia w dzisiejszych warunkach społecznych i ekonomicznych jest prawie niemożliwa.

Podejmowała pani starania, żeby na Uniwersytecie Gdańskim powstały Gender Studies.

- Na naszym uniwersytecie nie ma niestety żadnych studiów Gender Studies. Próbowałyśmy z prof. Lucyną Kopciewicz z pedagogiki zainicjować powstanie studiów podyplomowych, ale się to nie udało. Historia tego niepowodzenia jest dość długa i skomplikowana, dodam tylko, że senat i senacka komisja programowa nie zgadzały się na użycie słowa gender, uznając je za zapożyczenie, co jest prawdą, ale z drugiej strony nie ma polskiej nazwy. Jest tylko określenie "płeć kulturowa", opisowe i niezręczne. Próbowano używać słowa "rodzaj", bo to jest polski odpowiednik angielskiego słowa "gender", ale to z kolei jest niejasne i nieprecyzyjne.

W rezultacie naszych starań dostałyśmy pozwolenie na studia podyplomowe, ale nie zostały uruchomione, bo nie zgłosiła się wystarczająca liczba chętnych.

Chcecie wrócić do tego pomysłu?

- W obecnym klimacie będzie to bardzo trudne. Uczeni, pracownicy uniwersytetu są tacy jak społeczeństwo, podzieleni i często dość konserwatywni. Nasz pomysł na studia genderowe nie znajduje wielu wielbicieli. Zdecydowanych przeciwników nie jest może bardzo wielu, ale osób, które patrzą na to dość niechętnie, całkiem sporo.

 
A koło naukowe Gender Studies?

- Działało od początku lat dwutysięcznych, byłam opiekunką koła. Czytaliśmy teksty dotyczące problematyki gender, feministycznej, równości płci i teksty metodologiczne. Przestało działać około czterech lat temu. Ale do dziś towarzystwo wywodzące się z koła genderowego organizuje gdańskie manify i spotyka się w Świetlicy Krytyki Politycznej.

Trójmiasto pod względem działań feministycznych i antydyskryminacyjnych jest silnym ośrodkiem?

- Określiłabym trójmiejskie zaangażowanie na tle całego kraju jako średnie. W każdym większym ośrodku w Polsce wygląda to zresztą trochę inaczej. Silnym ośrodkiem jest Kraków, gdzie są studia genderowe na UJ i działa ośrodek wydawniczy eFKa. Jest, oczywiście, kilka ośrodków Gender Studies w Warszawie, w Poznaniu działa prężne środowisko na tamtejszym uniwersytecie, sporo się dzieje we Wrocławiu i w Szczecinie. Ważną inicjatywą jest też Kongres Kobiet, choć nie jest on jednoznacznie feministyczny.

Skąd u pani zainteresowanie tą tematyką?

- W latach 1994-98 pracowałam na uniwersytecie w Tuluzie. We Francji czytałam wiele feministycznych tekstów, bardzo mi się one podobały i wtedy z pewnym zdumieniem zorientowałam się, że mam poglądy lewicowe. We Francji zobaczyłam, że język demokracji jest otwarty na tematykę dyskryminacji obcych i innych. A że byłam na emigracji, nie mówiłam za dobrze po francusku, byłam wyczulona na te sprawy.

W tym czasie w Polsce w ogóle nie mówiło się o kwestiach równościowych.

- Bardzo mało, prawie wcale. Pojęcia gender jeszcze nikt nie znał. We Francji też nie było wtedy popularne, bo ta kategoria zaczęła być często używana bardziej powszechnie dopiero w połowie lat 90. Na uniwersytecie w Tuluzie działała grupa feministyczna, chodziłam na jej spotkania. Zresztą chodziłam na wiele spotkań, bo chciałam nauczyć się dobrze francuskiego i zobaczyć, w jakim kraju żyję.

Już jako dziewczynka, a potem dziewczyna, miałam poczucie, że sytuacja kobiet jest gorsza, że jesteśmy traktowane niesprawiedliwie. Obserwowałam rzeczywistość i widziałam, że tak właśnie jest. Nie podobały mi się reguły rozmowy dziewczyny i chłopaka. On mądrzy się na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia, nawet jeśli to ona zna się na przedmiocie rozmowy i zawsze powinna grzecznie i z entuzjazmem potakiwać. Może dziś to nie jest takie wyraźne, ale w czasach, kiedy byłam młoda, to było powszechne. Miałam oko do takich drobiazgów, które zdradzają wielką codzienną nierówność. Było we mnie intuicyjne wyczucie sfery, którą dziś nazwałabym widzeniem relacji władzy.

Różne rzeczy widziałam wyraźnie może także dlatego, że wychowałam się poza kościołem katolickim. To miało duże znaczenie, bo uważam dzisiaj, że kościół jest wielkim producentem wzniosłej mgły osłaniającej relacje władzy i nierówności pomiędzy kobietami a mężczyznami (jak i innych nierówności).

Z Francji wróciłam już jako feministka i pojechałam na pierwszą swoją feministyczną konferencję naukową do Warszawy, poznałam to środowisko aktywistek i literaturoznawczyń i wydało mi się ono bardzo interesujące. Poznałam wtedy Kazię Szczukę, Kasię Bratkowską i wiele innych ważnych działaczek.

Dziś to są głośne nazwiska, bo kwestia gender rozpala narodową dyskusję. Jak pani na nią patrzy?

- Jestem przerażona, to jest jak przygotowanie do polowania na czarownice. Mam wrażenie, że część mediów dała temu pewien odpór, ale nadal jesteśmy blisko klimatu nagonki. Wokół sformułowania "ideologia gender" wytwarza się aura grozy, kroczącego zła. Straszymy tym dzieci. Jesteśmy w krainie absolutnej irracjonalności, a tego się boję. Żyjemy co prawda w społeczeństwie pluralistycznym, ale równowaga tego pluralizmu wydaje mi się ostatnio bardzo zakłócona. Tworzenie klimatu nadprzyrodzonego zła jest straszną krzywdą robioną aktywistkom i aktywistom od lat pracującym na rzecz sprawiedliwości, walczącym o rzeczywistą demokrację.

Jakie półprawdy i stereotypy są w kwestii gender najbardziej nieprawdziwe?

- Najgłupszy to ten, że gender chce, by każdy zmieniał płeć, kiedy zechce. To jest oczywista nieprawda. Nikt nie zaprzecza temu, że kobiety są kobietami, a mężczyźni mężczyznami. Jak wiadomo, jest tylko jedna sytuacja, gdy kobieta czy mężczyzna uparcie dąży do tego, żeby zmienić płeć. Chodzi o osobę transseksualną, która ma inne poczucie płci biologicznej i psychicznej, to jest bardzo rzadkie. No i te opowieści o nauczaniu technik masturbacyjnych od przedszkola - ręce i myśli opadają.

W ruchach antydyskryminacyjnych posługujących się kategorią gender chodzi o to, by budować rzeczywistą równość, pokazując, że kulturowe wzorce zachowań kobiet i mężczyzn nie są niezmienne, że mogą dawać więcej wolności kobietom. Płeć kulturowa jest płcią modyfikowaną historycznie, tymczasem myśl konserwatywna i katolicka naturalizuje role płciowe, traktuje je jako absolutnie biologicznie zdeterminowane, co jest nieprawdziwe i z gruntu ideologiczne. Dużo jest fatalizmu w konserwatywnym myśleniu katolików. Kolejny problem to łatwe przechodzenie od tematyki gender do seksualności. A gender i seksualność to nie to samo.

Wszechobecność tematu gender w dyskusji publicznej szkodzi czy służy sprawie równouprawnienia?

- Zdania są podzielone. Niektórzy uważają, że w dyskusji o "ideologii gender" sporo się jednak wyjaśnia. Ja tak nie sądzę. Uważam, że dezorientacja przeważa. Po liście biskupów, którzy traktują gender jako nowy rodzaj szatana, osoby, które nie miały własnej opinii na ten temat, przestraszone, przyjmują punkt widzenia biskupów i zaczynają usztywniać swoje stanowisko.

Także amorficzność tej szczególnej syntezy, którą jest "ideologia gender", powoduje, że łatwo jest przemycać pod jej osłoną aprobatę dla uprzedzeń wobec kobiet, osób homoseksualnych czy transseksualnych. Dzięki osłonowemu charakterowi "ideologii gender" nie wstyd być homofobem czy mizoginem.

Niestety, stosunek do "ideologii gender" znów podzielił Polaków. Ciągle się, od katastrofy pod Smoleńskiem, polaryzujemy.



Prof. UG, dr hab. Ewa Graczyk - pracuje w Katedrze Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. Autorka książek: "Ćma. O Stanisławie Przybyszewskiej", "O Grombrowiczu, Kunderze, Grassie i innych ważnych sprawach. Eseje", "Przed wybuchem wstrząsnąć. O twórczości Gombrowicza w okresie międzywojennym". Ostatnio w Wydawnictwie UG wyszła jej książka "Od Masłowskiej do Żmichowskiej. O pisarstwie w nadwiślańskim kraju". Feministka, współorganizatorka gdańskiej manify i koła naukowego Gender Studies.

 


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,15358898,_Gender_dzieli_Polakow_podobnie_jak_Smolensk_.html#ixzz2sSOFOfVj
 
  Wszedłeś do e-Instytutu jako 173124 odwiedzający. Witaj. copyright by irs  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=