.
  Koczkodany nie dla gender, czyli Fronda się wciela
 

Koczkodany nie są gender, czyli Fronda się wciela

Krzysztof Varga 13.11.2014

Nie ma ważniejszego tematu niż gender, furda gospodarka, furda kultura, furda przyszłość

Czas włączyć się do najważniejszej debaty, jaka się w Polsce odbywa, mianowicie do debaty o gender. Jak wiadomo, nie ma ważniejszego tematu, furda gospodarka, furda kultura, furda przyszłość, my się przyszłością o tyle tylko interesujemy, o ile związana jest ona z nadciągającą zagładą chrześcijaństwa.

Mnie nie gender jako taki pociąga, ale stosunek polskiego Kościoła, czy też, szerzej, polskiej prawicy, do gender mnie ekscytuje. W zasadzie wydawałoby się, iż Kościół powinien zajmować się intensywną ewangelizacją, ciężką pracą nad zbawieniem swoich owiec, zdaje mi się jednak, iż Kościół w najgłębszym niezainteresowaniu ma kwestie zbawienia, ich zdecydowanie bardziej sprawy doczesne kręcą, królestwo ich z tego jest świata, ponieważ w zasadzie w inne niż ziemskie królestwo oni nie wierzą.

Dziwnie, w sposób niezdrowy intryguje mnie ta katolicka fiksacja na punkcie gender, stąd lektura książki "Raport o gender w Polsce" nieocenionej Frondy, której wiernym przecież czytelnikiem jestem. Osobiście uważam, że za kolejne dwa tysiące lat o gender nikt nie będzie pamiętał, za to Kościół nadal sobie świetnie będzie radził, ale nie wszyscy tak sądzą; jeśliby kto wyłącznie Frondę czytał, musiałby wyrobić sobie mocne przekonanie, iż Polska jest celem zaciekłej i szatańsko potężnej inwazji antychrześcijaństwa i genderu. Mnie to w zasadzie już nudzi, ja już przy tym ziewam i zasypiam, mnie już nie interesuje, co ma do powiedzenia na ten temat arcybiskup Hoser czy niepowtarzalny ksiądz Oko. A jednak do lektury "Raportu o gender w Polsce" natychmiast się rzuciłem, bo nie jest to książka napisana przez arcybiskupa Hosera ani księdza Oko (książkowe wywiady rzeki z obu tymi duchownymi już przeczytałem), ale przez laicką kobietę, co specjalnego smaku książce nadaje. Prawicowa autorka Agnieszka Niewińska przeprowadziła klasyczne śledztwo dziennikarskie, na potrzeby książki wcielając się w feministkę, peregrynując po całej Polsce, nawiedzając wszelkie wykłady, warsztaty i szkolenia, chadzała też na uniwersytety, prowadziła badania terenowe, została studentką podyplomowych gender studies w Instytucie Badań Literackich PAN, nie odmawiała sobie nawet warsztatów waginalnych, gdzie adeptki zajmowały się adoracją swych organów płciowych. Powiem poważnie, że spory mam szacunek dla pracy, którą w tę książkę włożyła, czyta się to fenomenalnie, jest to rzecz dynamiczna i wielce zabawna, co także musiało być zamiarem autorki. Pozorny obiektywizm tej książki to jest bardzo sprytna i niebywale skuteczna metoda. Niewińska stara się gender doszczętnie skompromitować jedynie za pomocą opisu rozlicznych fakultetów, w jakich uczestniczyła, wyłącznie relacjonując oraz cytując badaczki, i naprawdę nieźle jej to idzie. Odrzucając wszelkie sympatie, antypatie, dumy i uprzedzenia, powiem, że od strony dziennikarsko-literackiej jest to rzecz w pytę.

I tak Niewińska używa z premedytacją form "magistra" i "doktora", a nawet naśladuje język feministyczny, co niebywale wzmacnia efekt komiczny, w sumie to bardzo zabawna książka, parę razy aż musiałem spojrzeć na okładkę, aby się upewnić, że to na pewno Fronda wydała. Mnie w całej tej wielowątkowej opowieści z przyczyn oczywistych najbardziej pociąga wątek związany z literaturą. To rzecz jasna, że literatura znajduje się w kręgu zainteresowań badaczek kontekstów płciowo-kulturowych, tym razem adeptki owych studiów (zaskoczenie niewielkie) zajęły się prozą Jerzego Pilcha jako dyżurnego pisarza mizoginistycznego. Nie było łatwo zresztą, jak z relacji Niewińskiej wynika, opór przed analizowaniem obrzydliwca był silny, realizujący się ponoć w okrzykach: "Nie, nie i jeszcze raz nie! Pilcha czytać się nie da, jego styl odrzuca!" oraz "Zaczęłam czytać jakąś jego książkę, ale przez to się nie da przebrnąć", a także "Ja żadnej jego książki nie czytałam, tylko felietony, ale one były bardzo złe". Później jest już nudniej, czytelnik "Raportu" dowiaduje się, że proza Pilcha wpisuje się w tak zwany backlash, czyli "konserwatywną reakcję na feminizm", a więc jest to pisarstwo szkodliwe. Dodatkowego smaku (słowo "smak" musi tu powracać regularnie) dodaje to, że Fronda poniekąd staje w obronie Pilcha przed feminizmem. Wspominam tu ten wątek bo zdaje mi się symptomatyczny, myślę, że ideologiczne interpretacje literatury są melodią niedalekiej przyszłości, ta melodia już rozbrzmiewa, a niezadługo będzie miała siłę symfonii, a może i opery, wyłącznie politycznie się będzie książki czytać, to już się dzieje, a będzie działo się z coraz większym natężeniem, i po lewej, i po prawej stronie. Literatura jako sztuka przestanie mieć wartość i znaczenie, jedynie jej polityczne odczytania prawo do życia będą miały.

Zresztą mizoginizm i seksizm to przecież żadna nowość w polskim piśmiennictwie, w książce Niewińskiej pewna emancypantka na zajęciach dowodzi, że już pierwsze zapisane po polsku zdanie (które wszyscy dobrze znamy) "Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj" jest silnie seksizmem oraz mocnym stereotypem nacechowane, gdyż mężczyzna każe odpocząć kobiecie, bo ta, jako kobieta, nie daje już rady więcej pracować. Można powiedzieć, że od XIII wieku to już tylko gorzej było.

Opisuje Niewińska pewne zajęcia, na których prelegentka zarzucała klerykalizm samemu Sławkowi Sierakowskiemu, co znów wydaje mi się niebywale smaczne, nie jest wykluczone, zresztą, że dla niektórych sławny Sierak, szef Krytyki Politycznej, to klasyczna emanacja patriarchalnej konserwy, wyjątkowo mnie to bawi, poniekąd jakoś Sławkowi współczuję, ale nie do końca. Ja w zasadzie też w tym kontekście chętnie się do klerykałów zapiszę, może nawet chwilowo wpadnę wręcz w religianctwo - cóż zrobić, że jak Kościół ma zajoba na punkcie gender, to jestem antyklerykalny, a jak feminizm ma zajoba na punkcie Kościoła, to staję się klerykałem?

Tematów i wątków w "Raporcie" Frondy wielka mnogość, nie sposób ich wszystkich pobieżnie choćby opisać, bo jest tu przecież o edukacji, o prawie, o macierzyństwie, o języku, o ekonomii, jest o historii najnowszej wreszcie, gdy dowiadujemy się, że stalinizm miał swoje dobre strony, mianowicie wyemancypował kobiety do męskich zawodów, takich jak traktorzystka czy górniczka. Niestety, odwilż 1956 roku zaprzepaściła wszystkie równościowe zdobycze stalinizmu i wcisnęła na powrót kobiety w kobiece role, a mężczyzn w ściśle męskie; koniec stalinizmu to zdaje się jedno z większych nieszczęść naszej historii powojennej.

Daję zatem na zakończenie jeden wątek ściśle antropologiczny: otóż, jak podaje Niewińska, ponad dekadę temu amerykańskie badaczki przeprowadziły eksperyment na koczkodanach płci obojga, dając im zabawki dziewczęce (lalki i garnki) i chłopięce (piłki i samochodziki). Koczkodanice wybrały lalki, a koczkodany samochodziki niestety, dowodząc że nawet małpy są więźniami płciowych stereotypów. Istnieje podejrzenie, że podobnie byłoby z szympansami, gibonami, orangutanami, a kto wie, czy nie z gorylami. Czeka nas jeszcze bardzo dużo pracy nad przełamaniem stereotypów, chyba trzeba zacząć od małp, bo z ludźmi idzie raczej słabo.

w: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,141518,16952236,Koczkodany_nie_sa_gender__czyli_Fronda_sie_wciela.html
 
  Wszedłeś do e-Instytutu jako 173170 odwiedzający. Witaj. copyright by irs  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=