.
  czy gender naprawdę wywróci nasze życie do góry nogami?
 
 

Piotr Bratkowski

Normalność 2.0 - czy gender naprawdę wywróci nasze życie do góry nogami?

31-01-2014


 

Czy duchowni i politycy prowadzący krucjatę antygenderową rzeczywiście – jak powiadają – bronią rodziny? Nie: bronią mitu o rodzinie, który dawno przestał się odnosić do polskiej rzeczywistości.

A dziś przyszedł mężczyzna do sklepu! – zaczynała pani Julia, zatrudniona w czasach mojego dzieciństwa przez rodziców w charakterze pomocy domowej. I natychmiast musiała swą opowieść przerywać, bo krztusiła się od śmiechu. Mężczyzna w sklepie spożywczym – z jej perspektywy była to z definicji sytuacja komiczna. Zakłopotany miejscem, w którym się znalazł, nieorientujący się w cenach. Mylący kapustę z sałatą, a por z selerem. Co zresztą, z niejasnych dla mnie powodów, niektórym mężczyznom zdarza się i dziś.

Pani Julia – rocznik 1904 – uważała ten stan rzeczy za oczywisty, choć była osobą obytą w świecie, a życie nauczyło ją otwartości. Przed wojną działała w związku zawodowym zrzeszającym gosposie i dozorców, pracowała u religijnych Żydów, arystokratów i PPS-owców. Podczas wojny, wbrew własnej woli, zobaczyła kawałek Europy, wywieziona na roboty do Niemiec. No i miała swój sekret: nieślubnego syna, za czasów mego dzieciństwa już pewnie czterdziestoletniego. Jego wychowanie powierzyła przed laty zamężnej siostrze – toteż nazywała go siostrzeńcem. Czasem wyprawiała się do niego na Ziemie Odzyskane, gdzie w pewnym pegeerze powoli się zapijał.



 

Fakt – nieliczni koledzy wychowywani tylko przez matki budzili wśród nas sensację i wprowadzali zamęt w uporządkowaną po purytańsku rzeczywistość gomułkowską. O matce mieszkającego w suterenie Jurka – praczce – plotkowano więc, że jest prostytutką. O matce mieszkającego w przedwojennej willi Zygmunta nie plotkowano wcale. Raz – że wykonywała szanowany, inteligencki zawód; dwa – Zygmunt ukrywał fakt, że ma rozwiedzionych rodziców. Sekret zdradził mi kolega: – Nie pytaj Zygmunta o tatę. Tato się na nich pogniewał i wyprowadził z domu.

Dawniej kwestia gender nie skupiała nawet małej części uwagi społecznej, jaką skupia na sobie dzisiaj. 

Jednak brak ojca nie prowadził do towarzyskiego ostracyzmu. Gorzej, jeśli do kogoś przylgnęło przezwisko babskiego króla, bo lubił pogadać z dziewczynami lub – o zgrozo! – uczestniczyć w ich durnych zabawach. Rzeczą męską było boksowanie się i gra w piłkę nożną. Zabawy w wojsko i robienie czegoś w rodzaju petard bodaj z saletry i karbidu, umieszczanych w puszce po kawie rozpuszczalnej Marago. No i specyfika lokalna: przekradanie się na teren pobliskiej jednostki wojskowej w poszukiwaniu amunicji. Łuski, a zwłaszcza „czubki” (to chyba były prawdziwe pociski) były cennym towarem w handlu wymiennym, ale też służyły do zabawy: jeden z kolegów uszkodził w ten sposób oko i stracił dwa palce.

Mnie te „zabawy z bronią” nie wciągały, jednak opinia „babskiego króla” mi nie groziła. Nie tylko dlatego, że brak wojskowego ducha nadrabiałem niezłą grą w piłkę. I nawet nie dlatego, że (była z tego afera) dziewczynkę, w której się podkochiwałem, wyzwałem – jak prawdziwy twardziel – od kur..., nie mając zresztą bladego pojęcia, co to znaczy. Nie mogłem być „babskim królem”, bo towarzystwo dziewczyn wywoływało u mnie chorobliwą nieśmiałość. Nie chodząc do przedszkola, nie przeszedłem inicjacji z pokazywaniem sobie „cipek” i „siurasków” – w szkole było już na to za późno. Długo pozostawałem nieuświadomiony seksualnie. W szkole nic się na ten temat nie mówiło, zaś dwie wersje informacji o tym, skąd się biorą dzieci, znosiły się wzajemnie. Inteligenccy rodzice wyjaśnili mi, że bocian nie bierze w tym udziału, jednak na „tak” zaoferowali jakieś zawikłane formuły, z których nie zrozumiałem ni słowa. A gdy jeden z proletariackich kolegów poinformował mnie, że „chłop wchodzi na babę i ją szturga”, wydawało mi się to tak absurdalne, że pobiegłem ze śmiechem do rodziców opowiedzieć, jakich mam głupich kumpli.



 

Ks. Dariusz Oko przypisuje gender studies wszystko, co najgorsze, porównując je m.in. do komunizmu i nazizmu

Mnie te „zabawy z bronią” nie wciągały, jednak opinia „babskiego króla” mi nie groziła. Nie tylko dlatego, że brak wojskowego ducha nadrabiałem niezłą grą w piłkę. I nawet nie dlatego, że (była z tego afera) dziewczynkę, w której się podkochiwałem, wyzwałem – jak prawdziwy twardziel – od kur..., nie mając zresztą bladego pojęcia, co to znaczy. Nie mogłem być „babskim królem”, bo towarzystwo dziewczyn wywoływało u mnie chorobliwą nieśmiałość. Nie chodząc do przedszkola, nie przeszedłem inicjacji z pokazywaniem sobie „cipek” i „siurasków” – w szkole było już na to za późno. Długo pozostawałem nieuświadomiony seksualnie. W szkole nic się na ten temat nie mówiło, zaś dwie wersje informacji o tym, skąd się biorą dzieci, znosiły się wzajemnie. Inteligenccy rodzice wyjaśnili mi, że bocian nie bierze w tym udziału, jednak na „tak” zaoferowali jakieś zawikłane formuły, z których nie zrozumiałem ni słowa. A gdy jeden z proletariackich kolegów poinformował mnie, że „chłop wchodzi na babę i ją szturga”, wydawało mi się to tak absurdalne, że pobiegłem ze śmiechem do rodziców opowiedzieć, jakich mam głupich kumpli.



 

Gwiazda Hollywood o gender w Polsce: Myślałam, że dogoniliście Zachód

Żyłem oddzielony od dziewczynek niewidzialnym murem. Zazdrościłem im tylko jednego. Że w ramach prac ręcznych mogą robić kanapki i sałatki (co dla mnie nie było problemem), podczas gdy ja wraz z innymi chłopcami muszę wykonywać prace stolarskie, ślusarskie, a nawet radiotechniczne – bez wyjątku przekraczające moje możliwości. Owszem, raz z wielkim mozołem wykonałem na tych zajęciach deskę do krojenia. Tyle że wedle polecenia nauczyciela to miała być rakietka do ping-ponga. 

Zero edukacji seksualnej, rozdzielenie ról męskich i żeńskich (z przyznaniem milczącego, ale wyraźnego prymatu tym pierwszym), odcięcie od światowych nowinek obyczajowych. I jeszcze całkowity brak w kontrolowanej przez PZPR debacie publicznej głosów, które by ten porządek rzeczy kontestowały. To Polska gomułkowska jest utraconą arkadią środowisk, które w dzisiejszej Polsce prowadzą kampanię antygenderową. Jest ich punktem odniesienia.



 



 

Ciągle trudno mi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Oto w XXI w. w Europie niszowa dziedzina nauki zostaje obwołana ideologią zagrażającą porządkowi świata. I to porządkowi „naturalnemu”, cokolwiek to oznacza.

Środowiskom liberalnym i lewicowym nasuwają się skojarzenia ze średniowieczem. Jednak podobna sytuacja przydarzyła się w czasach znacznie nam bliższych. To stalinizm stworzył w miejsce zakazanej genetyki sławetny „łysenkizm”, teorię mającą udowodnić, że geny nie istnieją. Stalinizm rozpętał kampanię przeciw socjologii (jako burżuazyjnej konkurencji dla marksizmu-leninizmu). To stalinizm wreszcie uznał mechanikę kwantową czy teorię względności za sprzeczne z „naturalnym” porządkiem świata.

W czasach PRL edukacja seksualna młodych ludzi czy rozdzielenie ról kobiecych i męskich nie miało prawa mieć miejsca. Dzisiaj widzimy tego efekty.

Stalinowskie jest jeszcze jedno. Tak jak ścigano się, kto wygłosi najbardziej (oczywiście niezamierzenie) absurdalną apologię wodza – tak uczestnicy antygenderowej kampanii walczą o to, co w jej ramach okaże się najbardziej groteskowe.

Kandydatur jest wiele. Czy objawem największego zdurnienia jest fakt, że w wojnę przeciw dyscyplinie naukowej włącza się związek zawodowy Solidarność A może dowodzony przez posłankę Kempę zespół parlamentarny do zwalczania studiów genderowych Chyba nie – obecny parlament stworzył byty bardziej zagadkowe, np. działający przy kaplicy na Wiejskiej zespół do spraw intronizacji Serca Jezusowego.

Biskup Pieronek przestrzega rząd przed „opętaniem chorą i niebezpieczną ideologią”, wedle której nie ma już matki ani ojca, a dziecko jest „przedmiotem produkcji”. Portal wPolityce.pl piętnuje odwiecznych „Matysiaków” za promocję gender (czyli informację, że to jednak przedmiot badań naukowych, a nie złowroga ideologia). A w Lublinie radni PiS – wbrew przestrogom zarzucającemu im nieuctwo księdza prof. Alfreda Wierzbickiego z KUL (!) – przyszli na sesję rady miasta ze sztucznymi wibratorami i waginami, by przyjąć uchwałę o zagrożeniu zgubną ideologią. Gdy jednak pozyskany dla sprawy koalicjant – ugrupowanie Wspólny Lublin – zażądał, by do listy zjawisk stwarzających genderowe zagrożenie dopisać książkę „Standardy edukacji seksualnej w Europie”, okazało się, że książkę wydała oficyna... lubelskiego senatora PiS Grzegorza Czeleja. Wszystko skończyło się ogólną awanturą.



 

Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie. W tej kampanii dozwolone są wszystkie chwyty. I wszystkie kłamstwa – małe i duże. Do worka z napisem „gender” wrzuca się wszystko, z czym mają kłopot katoliccy duchowni i prawicowi tradycjonaliści. Rozwody, rozpasanie seksualne, in vitro, aborcja, związki partnerskie (w tym homoseksualne), ciąże młodzieńcze i niedostateczna liczba ciąż dorosłych. A jakby ktoś był niedostatecznie przerażony, doprawiono to opowieściami o chłopcach przebieranych za dziewczynki (i na odwrót) w celu przygotowania ich do – być może wielokrotnych! – zmian płci w wieku dorosłym.

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: Sekslekcje nie dla przedszkolaków



 

Pretekstem do wytoczenia najcięższych dział stał się program Równościowe Przedszkole. Mało kogo zainteresował szczegół, że został on wprowadzony w zaledwie 11 spośród 5,5 tysiąca polskich przedszkoli. I to prowadzonych przez specjalną fundację; ich program zatwierdzają rady rodziców – co wytrąca antygenderowcom jeden ze sztandarowych argumentów („deprawują nam dzieci!!!”). Mało kogo zainteresowało także, dlaczego chłopiec w peruce, który stał się ikoną ruchu antygenderowego („przebrany za dziewczynkę!!!”), w ogóle ma tę perukę na głowie. A miał ją, ponieważ grał fryzjera w przedstawieniu mającym pokazać dzieciom, że nie ma zawodów typowo męskich i typowo kobiecych. Dlaczego akurat fryzjera uznano za zawód typowo żeński, tego już nie wiem.

Wszyscy jesteśmy gender

Aby lepiej zmobilizować wiernych/elektorat, antygenderowcy głoszą, że ten złowrogi gender nadciąga właśnie teraz. Że w zmasowanych atakach nowoczesności na tradycyjną polską rodzinę pojawia się nowa jakość.



 

Jaka mianowicie byłem niedawno na rodzinnym weselu – takim tradycyjnym: najpierw ślub w kościele, później przyjęcie do białego rana w wynajętych salach znanego hotelu. Biskupi i lubelscy radni PiS mogliby tylko przyklasnąć. Goście w ogromnej większości stanowili rodzinę, tyle że wedle tradycyjnych kryteriów – trochę dziwną. Dominowały bowiem przyrodnie rodzeństwa, a występowały też powinowactwa, na które polszczyzna jeszcze nie wymyśliła nazwy. Bo jak nazwać relację łączącą rodzeństwo, przyrodnie właśnie, pana młodego – jego starszą siostrę z pierwszego małżeństwa matki i młodszego brata – z trzeciego małżeństwa ojca

Wesele odbyło się niedawno, ale ten patchwork rodzinny zaczął być szyty niemal czterdzieści lat temu, w czasach młodości mojego pokolenia. Na przełomie lat 70. i 80. seryjnie żeniliśmy się i zakładaliśmy rodziny, które w większości szybko się rozpadły. Najbardziej trwały okazał się związek dwóch naszych homoseksualnych przyjaciół – zresztą w przeciwieństwie do większości z nas – gorliwych katolików.



 

W dzisiejszych czasach postępu kulturowego nie można już zatrzymać, a nie biorąc go pod uwagę coraz ciężej zbudować trwałe i szczęśliwe relacje z innymi. 

Potem próbowaliśmy sobie ułożyć życie na nowo. Byłem już od dziesięciu lat żonaty po raz trzeci, gdy wraz z przyjaciółmi wynajęliśmy na wakacje willę w Chorwacji. Z sześciorga obecnych dzieci tylko nasz syn był z matką i ojcem. Czworo było z jednym ze swych rozwiedzionych rodziców, piąte – z trojgiem (matką, ojcem i ojczymem). Nikt nie widział w tym niczego szczególnego. Po prostu – tak wyszło.

A wyszło, bo to dawno norma. Oczywiście – opowiadam o środowisku wielkomiejskim i (post)inteligenckim, niczym z pokręconej życiowo i seksualnie patchworkowej rodziny, będącej zbiorowym bohaterem głośnych „Ości” Ignacego Karpowicza. Ale zarazem, mimo dawnych flirtów z subkulturą hipisowską i punkową, religijni czy (częściej) nie – podchodziliśmy do naszych związków poważnie i staraliśmy się w nich wytrwać – mnie nawet ktoś ze znajomych żartem nazwał seryjnym monogamistą. No i – fakt, wprawdzie za trzecim podejściem, ale... – będę w tym roku obchodził srebrne wesele. Prawie jak w konserwatywnej telenoweli „M jak miłość”, w której niby-tradycjonalistyczna rodzina jest po wielekroć rekonstruowana i fastrygowana, a swego czasu wśród bohaterów pojawił się nawet sympatyczny homoseksualista. Bez takich zabiegów serial, choć nieadresowany do szczególnie zmodernizowanej publiczności, traciłby cechy prawdopodobieństwa.

Może za trzecim razem udało mi się ze względu na ową przeklętą przez antygenderystów wymianę ról społecznych To żona ma starego jeepa, wiertarkę i potrzebny przy remontach zestaw majsterkowicza. I umie się bić, bo trenowała karate. Ja mam swoją ukochaną zmywarkę i jestem bywalcem okolicznych sklepów spożywczych. Prasowaniem nie zajmuje się nikt, bo żadne z nas tego nie lubi. A gdy dorastał nasz syn, matką bywało naprzemiennie to z nas, które akurat w mniejszym stopniu było pochłonięte zarabianiem na życie; drugie wcielało się w tradycyjną rolę odświętnego ojca.

Czy to jakaś rewolucja i postmodernizm Skądże: z wczesnego dzieciństwa mam wspomnienia związane wyłącznie z ojcem. Mama nie bardzo miała czas, bo akurat próbowała reformować socjalizm w redakcji „Po prostu”; okazała się za to nieocenionym przewodnikiem intelektualnym w okresie dojrzewania – ojciec wtedy ze względu na pracę niewiele bywał w domu.

wantura o list biskupów o gender

A babcia – do wojny gospodyni domowa – wkrótce po wyczekiwanym powrocie dziadka z wojny pogoniła go z domu. Nie zważała na żołnierskie zasługi ani – choć katoliczką była – na świętość rodziny. Chciała mieć spokój, a w nim przeszkadzały alkoholowo-erotyczne skłonności przedwojennego oficera. Zaś wojna, podczas której utrzymywała rodzinę, handlując na bazarze Różyckiego papierosami, nauczyła ją samodzielności.

Czy to już wtedy w mojej rodzinie zalęgł się ten straszliwy gender



 w:

w:http://polska.newsweek.pl/gender-kontrowersje-wypowiedzi-gender-studies-ruch-genderowy-rodzina-tradycja-newsweek-pl,artykuly,279044,1.html
 
  Wszedłeś do e-Instytutu jako 167899 odwiedzający. Witaj. copyright by irs  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=